BałkanTrip 31.07-23.08.2011 cz. IV – ostatnia

Listopad 1st, 2011
by Kamil

Rozdział 8 – Macedonia

Warto wspomnieć że już jest noc, ruch bardzo słaby. Stoimy i hmm, próbujemy dalej :D . Poszedłem siku! Tak, to jest ważne, bo ledwo wróciłem i się okazało że jedziemy (znowu wszyscy razem zuzammen do kupy) gdzieś bardziej bliżej Ohridu (do miasteczka zwanego Struga,  16km od Ohridu). Kierowca mówił tylko po niemiecku więc ja wkroczyłem do akcji-komunikacji (że WTF?! Ja i niemiecki? :D ) Potem zgarnęło nas 2 ziomków jakimś starym samochodem, czyli znowu we 4 z tyłu + bagaże etc xD, było ciężko oddychać ;d W międzyczasie komunikacja smsowa z Kamilą, gdzie się spotkać. Kierowca wysadził nas na głównej ulicy, i po kilku minutach marszu spotkaliśmy Kamilę J. i jej radosną gromadkę! :D Razem ans wszystkich było dziesięcioro. Spaliśmy na polu campingowym w przyczepie (na bogato! Wygodnie! O_O), która nas wyniosła 10 zł od osoby, czyli coool. Mieliśmy farta, bo Kamila straciła pół dnia na szukanie noclegu, a my przyjechaliśmy już na gotowe xD Integracja między przyczepami trwała długo, Ci bardziej zmęczeni odpadli dość szybko (czyli chyba ja ;p)

17.08.2011

DZIURA – tyle mogę powiedzieć na temat tego dnia. Przebudziłem się o 6 rano, i wybiegłem do ubikacji celem zwymiotowania…. Czynność tę powtarzałem do godziny ok. 17.30 wielokrotnie! :D Cały dzień leżałem w przyczepie i spałem, budziłem się w celu jak wyżej…. Jakaś durna klątwa mnie dopadła :( Tzn niby poszedłem z wszystkimi na miasto, ale po prostu to była taka męczarnia że się wróciłem. Tak więc reszta sobie zwiedzała, stare miasto, zamek na wzgórzu i coś tam jeszcze, – podobno bez rewelacji ten Ohrid. Wieczorem – integracja dalej, nawet ja wyszedłem z przyczepy i okazało się że to mi nawet pomogło, w sensie że zacząłem się lepiej czuć, aczkolwiek rakiji z resztą nie piłem, ani Jelonków też nie, bu :( .

18.08.2011

Pobudka i trzeba się zbierać powoli dalej. Drużyna Kamili zebrała się ciut przed nami, my na spoookoooojnie wręcz anemicznie się zbieraliśmy w drogę :D Właśnie zdaliśmy sobie sprawę z faktu, że WRACAMY DO DOMU :(

POWRÓT – rozdział ostatni, co nie znaczy że nic się nie działo :o

Łapanie stopa: pierwszym stopem do Strugi, znowu we czwórkę. W drodze na Skopje dzień dziecka i fart się skończył. Przejechaliśmy tego dnia jakieś 80km, i stanęło na tym, że rozłożyliśmy namiot za stacją benzynową w sąsiedztwie jakichś bloków mieszkalnych i domków jednorodzinnych. Ja znowu wieczorem umierałem tak trochę :/ Nawet przyszedł do nas jakiś facet, który mieszkał w bloku obok, ot tak, pogadać z nami.

19.08.2011

Pobudka o 7…. Pracownicy stacji nawet się lekko zdziwili widząc nas tutaj :D – chyba nie zauważyli że spaliśmy tuż za nimi. Śniadanko i heja dalej. I znowu w 4 osoby pojechaliśmy – tzn sytuacja zawsze praktycznie, jak i teraz, wyglądała tak: łapiemy w 4 osoby, nic nic nic, ok, rozdzielamy się. I w momencie rozdzielenia udaje się którejś parze złapać stopa dla wszystkich. I pojechaliśmy na obwodnicę do samego Skopje. Tam ciut staliśmy na autostradzie, znowu osobno, i znowu udało się w 4 osoby pojechać, co prawda parę km dalej tylko, starym rozlatującym się mercedesem (model taki jak na zdjęciu z Jali, w tym kurzu co tak stoi ;d)  z policjantem (dobrze, że po cywilu!) ale przynajmniej wysadził nas w fajnym miejscu. No i w tym miejscu drogi nasze się rozchodzą i spotykamy się dopiero w Suboticy. Co się działo dalej – u Kasi i mnie. Zabrało nas czarne Audi A6, ujechaliśmy z bardzo fajnym kierowcą ok. 20 km, ciut przeszliśmy pieszo, przedzieraliśmy się przez krzaki (<3 :D ) i z takiego totalneeeego zadupia zabrał nas terenowy Land Rover bodajże, którego kierowca był Turkiem. Zabrał nas do pierwszej stacji benzynowej bo sam gdzieś tam skręcał. Od stacji tej do granicy z Serbią zostało nam jakieś 5 czy 10 km. Na stacji spotkaliśmy innych autostopowiczów – autostopowiczów macedońskich!, którzy to jechali gdzie? Do Polski! Poodwiedzać znajomych etc, w ogóle lubią Polskę, podoba im się, byli tam już, a nadal lubią tam wracać – jak miło słyszeć coś takiego. Ale zarówno oni jak i my na tej stacji lekkiego pecha mieliśmy. Staliśmy tam długo (eeee prawie 3h :| ), a pić chciało się tak, że zaszaleliśmy z niesamowicie drogą colą i lodami na stacji. I nikt nas te głupie parę km nie chciał wziąć, ehh. Ale w końcu z jakimiś 3 ziomkami, z których jeden wyglądał ciut… hm lalusiowato dojechaliśmy do granicy. Tam korek niesamowity. Wysiedliśmy i przeszliśmy granicę pieszo, bez kolejki, a co! Bo możemy! :D Nie staliśmy jakoś specjalnie długo i zabrał nas mężczyzna na oko koło czterdziestki. Powiedział że zabierze nas ok. 100 km dalej, w stronę Belgradu. To był chyba najfajniejszy kierowca jeśli chodzi o rozmowę – rozmawialiśmy z nim cały czas, świetnie mówił po angielsku, no i najważniejsze, rozmowa sama się ciągnęła, od tematu do tematu, nic na siłę. Po drodze okazało się, że on jedzie do samego Belgradu, i że możemy się z nim zabrać, tylko że coś musi załatwić w pewnym miejscu. Zatrzymaliśmy się przy jakimś hotelu, poszliśmy z Kasią na obiad, podczas gdy on poszedł załatwiać swoje sprawy. Zamówiliśmy sobie coś typowego serbskiego, kierowca wrócił, też coś zamówił, pojedliśmy, popiliśmy i… zapłacił za nas za wszystko, mimo że naprawdę nie chcieliśmy żeby tak wyszło! :D No i dojechaliśmy do samego „przed-Belgradzia”. Wysadził nas na bramkach na autostradzie. Godzina 21, już ciemno. Łapanie nie idzie. Aż w końcu ktoś się zatrzymał – młody ziomek, dostawczym samochodem, jakoś się upchaliśmy z plecakami na przednich, a zarazem jedynych siedzeniach i dojechaliśmy z nim ciut dalej za centrum Belgradu, na stację benzynową. Jak się okazało nazajutrz to już był praktycznie koniec Belgradu, (magiczny znak „Belgrad” stał zaraz za stacją). Rozpoczynamy akcję szukania noclegu. Zaopatrzony w latarkę poszedłem zrobić mały wywiad środowiskowy. Miejsca najlepiej nie wyglądały, więc wybraliśmy propozycję pod tytułem „pod latarnią najciemniej” – i rozłożyliśmy się przy bocznym wejściu do jakiegoś budynku (dobre pytanie czym to w ogóle było, ale w nocy światło się świeciło, więc coś tam się działo…) totalnie na widoku, na samych karimatach. Przed nami (jakieś 300m może) supermarket, za nami (jakieś 400m) supermarket i MY, na środku! Bo możemy! A kto nam zabroni :D

20.08.2011/21.08/22.08

Subotica coraz bliżej! Wstaliśmy dokładnie o 6 rano ;o poszliśmy na stację benzynową umyć się, ja oczywiście włosy umyłem – naprawdę nie rozumiem, dlaczego ludzie się tak dziwnie patrzeli jak wychodziłem ze stacji z ręcznikiem na głowie! :D Potem „szybkie” zakupy w supermarkecie, śniadanie (świeża bagietka + jogurt pitny 1L = niebo w gębie) Na wyjeździe ze stacji łapaliśmy długo…. Przenieśliśmy się dalej, dalej staliśmy długo… i w końcu jak napisaliśmy kartkę z napisem „5km” ledwo ją wystawiliśmy, i zatrzymał się mężczyzna który nas zabrał ponad 100 km bo jechał aż do Srbobranu. Postawił nam po drodze po energy drinku. Był bardzo sympatyczny, często zabiera autostopowiczów. Zjechaliśmy z głównej drogi, bo rzekomo mimo iż boczna to powinno nam szybko pójść złapanie kogoś jadącego na Suboticę. Otoczenie było bardzo fajne – pola pszenicy (czy jakiegoś innego zboża), słoneczniki, wiejskie domki, kukurydze, śpiew ptaków, błękit nieba, palące słońce – rewelacja! I stąd zabrał nas młody ziomek, który jak się w rozmowie okazało 2 razy do roku bywa w Izraelu na miesiąc lub ciut dłużej (ale gdzie pracował to nie wiemy). Więc tematem przewodnim rozmowy był Izrael – i podobno tam autostop nawet ma się dobrze, i jest stosunkowo bezpiecznie jeśli chodzi o turystów. Wysiedliśmy 20 czy 30 km od Suboticy w miasteczku „Baćka Topola”. A stamtąd dojechaliśmy z starszym Madziarem, który słuchał włoskich hitów lat 70 i 80-tych, do samej Suboticy, praktycznie do centrum, gdzie po dojściu w okolice rynku nastąpiło spotkanie z Magdą and Kubą!

Generalnie to nastawienie cały czas mamy takie, że dziś ruszamy do Polski i jutro rano będziemy w Krakowie, aaa niestety (lub w sumie i stety bo było potem ekstra) okazało się, że Naser nie pozałatwiał jakichś dokumentów i rusza dopiero w poniedziałek wieczorem (jest sobota baj de łej). Więc co robić, albo jechać stopem do PL, a już nam się nie chce xd, i zajęłoby to 2 dni na pewno, czyli w poniedziałek w domu, albo zostajemy tutaj i na pewno jesteśmy we wtorek rano w Krakowie. Wybraliśmy drugą opcję, tak więc w Suboticy spędziliśmy 2,5 dnia, które zostały bardzo fajnie wykorzystane :D  Problem noclegu w Suboticy rozwiązał Naser. Złoty człowiek – pozwolił nam spać na zapleczu swojego sklepu wędkarskiego, zostawił nam klucz, mieliśmy dostęp do toalety, kuchenki, komputera – czyli co więcej do szczęścia potrzeba. Tylko mieliśmy nie przekraczać progu do samego sklepu bo by się alarm włączył :) Gdy on przychodził na 8 do pracy, a my jeszcze spaliśmy, parzył kawę – świetny motywator do wstania :D . Subotica – sprawia wrażenie małego miasteczka, ale ma prawie równe 100 tys mieszkańców, dużo tam Węgrów. Bardzo przyjazne, jest co zobaczyć, gdzie się przejść, co zjeść, klimatycznych barów jest tam na prawdę dużo (nawet Kuba znalazł coś dla siebie – Liverpool Pub) Ryneczek jest bardzo fajny, w mieście jest dużo starych obiektów, króluje architektura secesyjna. Naser po pracy nie dość że zaprosił nas 2 czy 3 razy na obiad/deser do lokalnej knajpki to w niedzielę zaprosił nas na grilla. Spędziliśmy pół dnia na grillowaniu w ogródku u jego przyjaciela, razem z Naserem, jego żoną i kilkuletnią córeczką (która strasznie nas się bała cały czas ;d) Uczta na bogato – ledwo się wszystko mieściło na naprawdę dużym ogrodowym stole. Po południu Naser zawiózł nas nad jezioro – jednak nici z kąpania, bo hmmm, ciut „syf” tam był. Rowerki wodne za drogie, więc leżeliśmy i słuchaliśmy Mody na Suknie przez chyba 3 godziny. Wróciliśmy ja z Kubą stopem, a dziewczyny pieszo. To był rewelacyjny dzień. W poniedziałek w mieście zaczęły się rozkładać stragany i scena – szykowały się dni miasta, które zaczynały się tuż po naszym (już dzisiejszym) odjeździe, no cóż. I na takich sielankach, jedzeniu, lodach, i oczywiście Jeleniach pitych w parku, w innym parku, naprzeciwko Synagogi (która wygląda extra!), na grillu, zeszedł nam ten czas w Suboticy, aż w końcu nastał wieczór.

Pożegnanie, zapakowanie się do samochodu – czyli 2 osoby z przodu, 2 na pace – na początek ja i Kasia i jedziemy. Naprawdę fajnie się jedzie w zamknięciu, leżąc na karimatach, beż żadnego światła, gdzie jedynym otworem w całej pace jest szczelina lekko nieszczelnych starych drzwi. Na granicy wysiedliśmy, bo samochód musiał przejść kontrolę, kilkanaście minut później Naser nas zgarnął z drogi. Witamy na Węgrzech – czyli ciąg dalszy doświadczeń z Madziarami….

23.08.2011

Minęła północ. Może jest 1, lub 2.  Jedziemy sobie poprzez Węgry, trochę śpimy, trochę rozmawiamy tam z tyłu. W  pewnym momencie samochód się zatrzymuje, ale coś tu nie gra… Mija minuta, dwie, ktoś pociąga klamkę, widzimy jak jakiś pan odziany w kamizelkę odblaskową z napisem „Rendőrség” (jak się łatwo domyślić – POLICJA) i czapeczkę świeci w nas latarką, za nim stoi jeszcze dwóch funkcjonariuszy… No ładnie, lekko przekichane mamy. My osłupieni, oni w sumie też (przemyt ludzi czy co? :D ) i jak tu się dogadać, Naser do nich po serbsku, oni po madziarsku i tyle z dojścia do porozumienia. Z całej rozmowy zrozumiałem jedynie frazę „700 euro”….. Naser tłumaczy że studenci, brak pieniędzy, autostop, że tylko kilkanaście km chciał nas podwieźć  (600 – prawie kilkanaście, a co ;p) bo noc jest i ciężko kogokolwiek złapać. Policjanci zamykają drzwi, porozumiewawcze „wtf” za 2 minuty samochód rusza, jedziemy dalej. Kuba ani Magda nawet smsa nie napisali o co chodzi. Ale na  postoju za godzinę okazało się, że stanęło na 20 euro łapówki… :D Trochę stresu było, trzeba przyznać. Granicę z Słowacją przekroczyliśmy bez problemów, gdzieś o 4 nad ranem, może wcześniej. W międzyczasie zmieniliśmy się – teraz M&K na pace. Słońce wschodzi, i co widzimy? Policja macha do nas lizakiem! Mmmmm, słodko :D Musiałem się naprawdę powstrzymywać żeby nie wybuchnąć śmiechem… Oparłem tylko policzek o pięść i udawałem zaspanego i znudzonego wszystkim, za wszelką cenę starając się unikać wzroku policjanta, który raczej bez problemu mógł wyczytać z niego „NIE ZAGLĄDAJ NA PAKĘ!!!!!111oneoneone” I nie zajrzał! Chwała mu za to, sprawdził dokumenty i pojechaliśmy dalej. Kamień z serca, jest radość ogólnie :D No i dotarliśmy na granicę. Coś koło 9 rano. Kolejna kawa, zakupy za polskie złotówki i jedziemy do Krakowa i znowu te dziwne uczucie, jak wszyscy wokół mówią „po normalnemu”. Ok. 12 dotarliśmy na obwodnicę krakowską, czyli miejsce naszego „zrzutu” i rozstania. Kasia jechała dalej, potem pociągiem na północ. W ramach podziękowania wręczyliśmy Naserowi polską wódkę wyborową! (i 20 euro – za madziarską łapówkę) I się rozstaliśmy, łapiąc stopa dalej na Śląsk, tudzież Wrocław, we trójkę. Szybko dojechaliśmy na bramki na autostradzie w Krakowie, gdzie nastąpiła sytuacja która jest szczytem szczytów szczytu wszystkiego. Przyszedł jakiś gbur/buc/burak (czyt. Policjant)- nazwijmy go umownie „miłym człowiekiem” i wpierdzielił nam mandat za łapanie stopa na autostradzie….. Przychodzi, i jak szedł to akurat Magda robiła nam zdjęcie, jak sobie stoimy z kartonikiem z napisem „Wrocław”, a ten miły człowiek na to tekst „może się jeszcze na ulicy położycie i będziecie zdjęcia robić?” Moja pierwsza myśl – takie zdjęcie już mam, jak jechałem do Rzymu z Tomkiem ;p ( -> http://img402.imageshack.us/img402/8075/p7153643.jpg ) ale nie będę mu tego mówił, bo może się miły człowiek stać jeszcze bardziej miły :D . I na dzień dobry poprosił (w sumie to zażądał) nasze dowody i zaprosił na komisariat :/ Jakby kurna nie szło powiedzieć że mamy stąd iść. Już na tylu bramkach łapałem, i nikt się nigdy nie rzucał, nawet jak policja przejeżdżała obok…  Dzięki, że „tylko” 50 zł mandatu za jak to ładnie napisali „poruszanie się po drodze nieprzystosowanej do ruchu pieszych”. Musieliśmy przejść ok. 1,5-2 km pieszo na Orlen, który był dalej. Stamtąd w miarę sprawnie dostaliśmy się do Katowic, pierw z budowlańcem, jakimś dużym terenowym samochodem, potem z bardzo sympatyczną nauczycielką. Katowice – tu łapaliśmy na wlocie na A4, przy komendzie głównej policji :D – nie będzie zaskoczeniem, gdy powiem, że dużo razy policję widzieliśmy… Ostatni odcinek podróży – ledwie parę km do celu, i jak na złość staliśmy tam chyba z godzinę! Rozdzieliliśmy się – nie pomagało.. ;d Spotkaliśmy też 2 dziewczyny które ruszały stopem do Francji – też z forum autostopika. W końcu ruszyłem, zabrała mnie jakaś młoda dziewczyna, też studentka, która jechała do Gliwic. Emilów już nie było, czyli udało im się szybciej. Dojechałem na Wirek, a stamtąd ostatnim samochodem prosto na moje osiedle. Kierowcy pogratulowałem że jest moim ostatnim kierowcą też podróży, lecz niestety nie miałem przewidzianej żadnej nagrody z tego powodu :D . Wracając ostatnie metry pieszo, mijałem znajomego, z ciekawością zapytał „ooo, siema Szyler, a Ty skąd znowu wracasz? – W sumie to z Albanii… – Skąd?! Tyś jest poje**ny! :D

I tak właśnie minęły 24 dni rewelacyjnej podróży………. Dziękuję wszystkim którzy przyczynili się do niesamowitości tego wyjazdu :D

Pozdrawiam, i do zobaczenia gdzieś w świecie,

Kamil Szyler

Posted in Bez kategorii | Comments (0)

BałkanTrip 31.07-23.08.2011 cz. III

Październik 30th, 2011
by Kamil

Rozdział 7 – Albania

Witamy w Albanii, kraju który wg nonsensopedii nie istnieje :D (polecam artykuł bo jest głupi jak nie wiem xD) Na granicy nie staliśmy Nawet kilku minut, gdy zatrzymał nam się stary, pomarańczowy VW transporter camper….

Agostin i Marita – najbardziej kochani i wspaniali ludzie jakich spotkaliśmy

Małżeństwo Włochów, takich już troszkę starszych, jechali do samego Szkodru. Jechali z małym kundlem.  Ta sytuacja była niesamowita… Jedziemy, nic nie mówiąc, bo jesteśmy zajęci cieszeniem się, że taki amper się zatrzymał ;d. Pytają się skąd jesteśmy (już nawet nie pamiętam w jakim języku, czy po włosku czy angielsku). Mówimy że Polska. No takiego okrzyku radości i entuzjazmu u ludzi dawno nie widziałem! A na  pewno nie po tym, że ktoś powiedział że jest z Polski xD. Pokazali nam jakąś naklejkę Rajdu Bieszczadzkiego, więc chyba brali w nim udział, nie potrafiliśmy się tak dobrze dogadać. Rozmowa przebiegał po angielsko-włosko-polsku :D Rozmowa. Potem się okazało że ich dzieci, chyyyba dwoje mieszka w Polsce, albo było w Polsce, ahh, te braki językowe. Ale to było potem. Co było najpierw. To jest szczyt wszystkiego… nasz dialog zaczął się mniej więcej tak (po tym że Polonia jesteśmy) – Czy jedziecie do Szkodru do centrum? (Marita spytała po angielsku) Tak. Czy chcecie spać u nas w domu? I tu szczęki nam opadły. Mówimy że extra, ale nas jest sześcioro, bo ze znajomymi podróżujemy… marita coś powiedziała po włosku od męża, i zaraz do nas „6 osób, nie ma problemu, mamy duży ogród, namioty się zmieszczą”. To było apogeum szczęścia :D Między innymi  dla takich chwil jak ta nie zamieniłbym podróżowania autostopem na nic innego :) )) I z myślami w stylu „Emile padną jak się dowiedzą że mamy nocleg dla wszystkich” dojechaliśmy do centrum. Włosi mieszkali w samiusieńkim centrum, tuż obok katedry. Zostawiliśmy bagaże, i Amber została w dou z Maritą, a ja i Agostin pojechaliśmy na rowerach (:D:D:D) po resztę pod hotel Grand Europa :D

Ich miny gdy zobaczyli mnie z jakimś dziadkiem na starych przed(po)wojennych rowerach… bezcenne. Jak wróciliśmy Agostin przyniósł wino i rozmawialiśmy – to było świetne: ta rozmowa to bardziej były kalambury w wersji hard :D . Dawno nie widziałem „dziadka” z taką siłą witalną i poczuciem humoru!

11.08.2011

Zwiedzanie Szkodru. Po śniadaniu wyruszyliśmy w miasto. Włosi zostawili nam klucze do domu, powiedzieli że wrócą koło 21.

Tak an wyrywki, co ciekawego nas spotkało, co zobaczyliśmy, co dziwiło itp.; ruch na ulicy – ruch samochodowo-rowerowo-konno-cokolwieczny ;d – bez żadnych zasad, ale tak totalnie, wolna amerykanka to mało powiedziane. „Albańscy kierowcy być może jeżdżą jak szaleni, ale jeżdżą bardzo dobrze”, facet przy targu który wdrapał się na drzewo żeby dziewczynom zerwać świeże figi, inny facet, zatrzymujący się rowerem przy nas który daje nam ogromne kiście winogron, Amber wchodząca na barierkę mostu, i kolesie jej w tym pomagający (wtf o.O) głowy pluszowych misiów nabijane na palach na budowach domów/budynków, figi rosnące wszędzie przy drogach nadające się do jedzenia, zamek Rozafa – rewelacja! Widoki z góry na całe miasto…. Ahh, bardzo ładne jezioro Szkoderskie, wielkie na pół Albanii i pół Czarnogóry ;d  i tak to jakoś zeszło to zwiedzanie. Aa, i jakiś ziomek, strażnik czy coś, na budowie, widząc nas , woła nas i chce żeby mu zrobić zdjęcie przy tirze, potem robi nam zdjęcia przy fladze Albanii, potem razem zdjęcia, Kuba na tirze, potem Amber na koparce…. – wkraczamy w fazę abstrakcji :D Co chwilę ktoś coś do nas zagadywał i nie dali przejść spokojnie z pktu A do B – byliśmy tam niezłą atrakcją. Wszędzie obdrapane budynki, chyba rzadko który wyglądał „reprezentatywnie” Wieczorem na kolację przepyszne placki ziemniaczane, Agostin przyniósł znowu wino,  i ”graliśmy w Kalambury” :D . Ponieważ nazajutrz uciekaliśmy dalej, Agostin zadzwonił do swojego przyjaciela w Jali czy moglibyśmy przespać się u niego, bo niby też ma ogródek u siebie. No to rewelka!

12.08.2011

Pobudka rano (o 7!) poogarniać się i trzeba się zbierać. Pożegnalne zdjęcia z Maritą i jej mężem na tle ich pomarańczowego campera i idziemy na wylotówkę. Kierujemy się na Jali oddalone o 340km od Szkodru. Heh, i zaczyna się – autostop w Albanii – temat bardzo kontrowersyjny :P

Szkoder był ledwo na granicy, więc nie zaznaliśmy czy tu stopowanie jest. A jest to sztuka dość problematyczna, bo nei znana w Albanii. A właściwie znana jako substytut komunikacji miejskiej (która jest jaka jest…) i co prawda ‘łapiąc stopa” stoisz maksimum 2 minuty, ba, nie w minutach tylko w samochodach powinno się wygodniej liczyć, czyli tak do 5-10 auta ktoś stanie – ALE – wszyscy chcą pieniądze… Prawie nikt nie mówi „po normalnie” więc bariera językowa jest spora i ciężko się momentami dogadać. Dlatego przed wsiądnięciem, wśiąśćiem (?) do samochodu zawsze trzeba było się100 razy upewnić czy na pewno za free jedziemy, żeby nie było nieprzyjemnych sytuacji… Ale że wyjazd ten sponsorowany jest przez spółkę akcyjną „Fart & cholerne szczęście COMPANY” udało nam (Kasia&ja, Magda&Kuba) pokonać tą trasę nie dość że za free, to praktycznie całą w 4 osoby, razem. Jechaliśmy między innymi z: przesympatycznym starszym Panem, który jechał Land Roverem, był wojskowym przez 38 lat, opowiadał o historii Albanii, dlaczego się kłóćą z Grekami np., o swojej farmie, zaprosił nas na kawę, (żebyśmy nie spali mu w samochodzie, pozdrawiam Kubę :D ), jechaliśmy Mercedesem (takim nowym, terenowym, a nie gruchotem jakich pełno w Albanii), którego kierowca też nas zaprosił na kawę. Dojechaliśmy z nim do Vlore, i tam się zaczęły „schody”, bo zaczęło się ściemniać.

Zaczepiło nas na ulicy jakieś 1000 osób (no dobra, było ich 7 chyba ;d) czy nam nie pomóc, i nas chcieli zaprowadzić na przystanek autobusowy, tego wieczoru 2 razy słyszeliśmy historię o 3 osobach zamordowanych które podróżowały stopem przez Albanię, że to niebezpieczne jest etc, i wszyscy nam to odradzali mówiąc żeby iść spać i rano złapiemy kogoś bez problemu bo teraz nocą to nie ma szans. I faktycznie nie dało rady. Samochód jeden za drugim i nic, kupa, null, zero chęci, zero fajnych ludzi ;d Aż w końcu…. Idąc w kierunku przystanku autobusowego do którego prowadziła naszą czwórkę spotkana Brytyjka, nagle zatrzymuje się czarne Audi, wychodzi z niej łysy koleś z kolczykiem, otwiera bagażnik i woła nas żebyśmy się pakowali :D Zaskoczenie, zdezorientowanie, okazało się, że widział nas wcześniej, ale nie miał miejsca, bo gdzieś tam jechał, i wrócił się specjalnie po nas, bo czuł że nie uda nam się nikogo złapać. Złoty człowiek! :D Zabrał nas praktycznie do samego Vuno, na zjazd do Jali. Kierowca ów był rewelacyjny, Kasia była zachwycona, bo słuchał praktycznie takiej samej muzyki jak ona, a że Kasia słucha fajnej muzy, to i nam wszystkim się podobało. Przejeżdżaliśmy przez park narodowy, który podobno jest rewelacyjny, szkoda że była noc i nic nie widzieliśmy ;p  Jadąc wijącą się pod górę drogą, zatrzymaliśmy się po drodze na punkcie widokowym. Stojąc na krawędzi skarpy, patrząc przed siebie w czarną od nocy otchłań, jedna myśl przychodziła do głowy „to tak wygląda kraniec świata”. Zapierało dech w piersiach. Tak jakby widzieć nic i wszystko jednocześnie. Dopełnieniem tego była pełnia księżyca (+ mliion do zajebistości chwili :D ) i cisza……Mógłbym tam siedzieć i patrzeć w przestrzeń całą noc…. W dole widać było jedynie światła wiosek, miasteczek po drodze. Niestety za chwilę pojechaliśmy dalej. Wysiedliśmy w Vuno a  stamtąd 5km pieszo w dół do Jali. Już mieliśmy iść gdy zauważyłem że jedzie samochód, od niechcenia wyciągnąłem kciuka – zatrzymał się. Kierowca, na to że jedzie do Jali, ale nas czworo, on już z pasażerem, i że nie… żegnam się z nim, on wychodzi z auta i mówi z taką poniekąd rezygnacją „Wskakujcie, bo co mam niby zrobić” :D . Czy mamy gdzie spać, bo tam nie ma hotelu ani pola żadnego – mówi. Tak, mamy, i podajemy mu imię i nazwisko przyjaciela Agostina. Okazuje się, że kierowca go zna, i zaprowadza nas do niego. Chwilę czekamy, aż przyjdzie, rozmowa, wszystko się wyjaśnia, spoko. Jakaś symboliczna opłata za rozbicie namiotu (wyszło chyba 4 zł za noc od osoby :D :D łaaaał, ale drożyzna!) I poszliśmy spać. Ambr z Adamem tego dnia/nocy nie spotkaliśmy, oni spali gdzieś w gaju oliwnym… też nieźle :D – poniekąd zazdroszczę.

13.08.2011

Pobudka i dzień pt „maksymalne opierdzielanie się” czas zacząć. Rano doszli do nas Amber z Adamem, zjedliśmy śniadanko i hej na plażę. Jali to mała mieścina. Plaża ma może niecałe 100m długości, 2 sklepy (taaaaaaanie jak barszcz! – ironia), jakaś imprezowania, prywatne domki i tyle. Cały dzień spędziliśmy na plaży, zjedliśmy lokalny obiad, każdy zamówił coś innego, żebyśmy obadali co jest fajne, i tylko Kasia na tym wyszła dobrze chyba. Ale ogólnie, drogi obiad i niedobry obiad był to. Foch. Potem poszliśmy na lody, lody są o tyle ważne, że z lodów to się śmialiśmy i wspominaliśmy je do końca podróży. Wchodzimy do sklepiku, a tam najtańsze rożki czy cokolwiek właściwie z kategorii ‘lody’ tak po 4 zł w przeliczeniu. Dziewczyny początkowo rezygnują. Ja patrzę, a tam rożek American coś tam za 250 LEKów (ok. 7-8zł) no normalnie PROMOCJA!. – Kubaaaaa, bierzemy! Jest promocja na lody, patrz! Po prawie 8 zł tylko! – Jasne, stary, bierzemy! – No i wzięliśmy :D Nie wiem czemu dziewczyny twierdziły, że jesteśmy idiotami czy coś tym stylu, naprawdę nie wiem o co może im chodzić, lody za darmo a one nie biorą… phi :d Popołudniem spacer z karimatami do gaju oliwnego, i tam parę godzin zeszło. Padł pomysł żeby się kąpać w nocy! – ijaaaa, super, ekstra, jasne! :D (Jakiś czas później): Kuba śpi, zostało nas 5. Idziemy się kąpać. Dziewczyny wchodzą, my z Adamem…. Nie :P – to było taaaakie zimne że odpuściliśmy, z tego też powodu dziewczyny miały z nas wielki ubaw :D (Ale był odwet, o tym później ;p) Powrót do namiotu, spać.

14.08.2011

Pobudka, śniadanie, prysznic. Właśnie – prysznic, którego słuchawkę nam zabrali :D WTF!? Gdy tam przyjechaliśmy, okazało się, że nie ma żadnego prysznica na „polu” na którym stawialiśmy namiot, ale przyjaciel Agostina zagadał do pracowników restauracji znajdującej się aż 10m od naszego namiotu, czy moglibyśmy tam się kąpać, bo istnieje taka możliwość – spoko, jasne, kiedy chcecie. Rano zdążyły się wykąpać 2 osoby, ale cały czas ktoś się dobijał do tych drzwi. I kurcze trzecia osoba już nie zdążyła wejść, bo któryś z pracowników odkręcił i zabrał słuchawkę z prysznica. No żesz o ja pieprzę… ;d (ciężko to było nazwać prysznicem, a już na pewno nie kabiną prysznicową. Szkoda że nie mam zdjęcia; to było maluteńkie pomieszczenie w którym była umywalka, sedes, i naprzeciwko sedesa praktycznie na wysokości kolan kran – i do niego słuchawka z dość długim kablem…. :D ) Wniosek na przyszłość – każdy autostopowicz poza nożycami do cięcia metalu winien mieć w ekwipunku słuchawkę (i to serio nie jest głupie, bo są takie zestawy turystyczne)

Dostanie się z Jali na górę, nie zajęło nam dużo czasu. Potem po jakimś bardziej nieokreślonym czasie udało nam się złapać stopa do samego Blue Eye – czyli kolejnego punktu na naszej trasie! Małżeństwo, tak po 40-tce. Co się okazuje – mieszkali 9 lat w Stanach, więc rozmowa ciągnie się extra całą drogę. Byli super – do czasu…  -do czasu gdy zapłacili za nas wstęp na Bule Eye i po wyjściu z samochodu „przypomniało” im się, że mamy zapłacić za przewóz. Koleś chciał 20 euro…. Oczywiście nie zapłaciliśmy, próbując mu wytłumaczyć że postąpił bardzo nie fair nie mówiąc nam tego od razu, to byśmy nie wsiedli, proste. I rozeszliśmy się – nie wiadomo kto bardziej oburzony/obrażony na kogo :d Poczekaliśmy na resztę, posiedzieliśmy, w kawiarni zamówiliśmy kawę – było bardzo tanio. Kurczę, to jest rewelacja w Albanii – takie Blue Eye, jedno z najpiękniejszych miejsc tego kraju, a kawiarnia przy nim jest tania! No i sam wstęp tutaj to tylko 50 LEK czyli jakieś 1,50-2 zł :D Czym jest Blue Eye? Odsyłam do googli, zdjęcia które tam zobaczycie chyba nie są podkręcane w Fotoszopie, bo woda tam ma serio taki kolor! Jest to źródło, które sobie wypływa z wnętrza Ziemi, o stałej temp. wody 10 st i głębokości 50m. Kąpaliśmy się! :D I ut właśnie czas na rewanż; w Jali to my plemniki nie weszliśmy, a teraz my poszliśmy pierwsi, bez  (praaawie) zawahania, a jajniki się ociągały :) Woda tak zimna, że wręcz wżynała się w mózg. Minutka, dwie kąpieli były w zupełności wystarczające :D Tej nocy spaliśmy jakieś 15 m od brzegu źródła. Tam nie ma żadnej ochrony, nikt nie miał sprzeciwów, a jeszcze jakaś inna grupka podróżników rozbiła się niedaleko nas. Rano jakiś handlarz owocami rozłożył się obok naszych namiotów, ludzie przechodzili obok, uśmiechali się, nikt nie robił problemów że tam jesteśmy.

15.08.2011

Spokojne śniadanie, kawa pod słomianym daszkiem kawiarni i na luziiiiieeeee dopiero ok. 12.30 ruszyliśmy dalej.

Czyli łapiemy stopa na wyjeździe, Aha, droga do Blue eye (Siri i Kalter w oryginale) szutrowo-żwirowa (czy szuter a żwir to to samo może?) pełno kurzu, wąska na jeden samochód, czasami jakieś poszerzenie, żeby się dało wyminąć. Tym razem jechałem z Amber – kolejna rotacja drużyn. Nie staliśmy długo, łapaliśmy w 4. I niby my pierwsi łapaliśmy, ale Kuba z Kasią pojechali pierwsi. My wsiedliśmy praktycznie do następnego samochodu – i to my mieliśmy farta, bo dojechaliśmy nim do samego miasteczka Ksamil.

Gdy się w końcu wszyscy do kupy odnaleźliśmy, bo był z tym maleńki problem (nie ustaliliśmy gdzie się spotkać) zaczęliśmy szukać „noclegu” Infrastruktura miasta Ksamil jest super (jak z resztą w całej Albanii)  – są tam same, praktycznie tylko i wyłącznie zawalone konstrukcje budowlane, pustostany etc ;d. (Podobno takie jest prawo budowlane a tym kraju; że trzeba postawić samą konstrukcję budynku, i jeśli ustoi i sięnei przewróci przez 5 czy ileś lat, można budować dalej – ale te info do sprawdzenia) Początkowo planowaliśmy spać w jednym z nich, potem szukaliśmy pola campingowego, pogadaliśmy z jakimiś Polakami i ostatecznie stanęło że będziemy spali na plaży – znaleźliśmy fajny fragment z takim betonowym „dyngsem” na którym można sobie było posiedzieć. Po zwiedzaniu miasteczka (czyt: szukaniu sklepów celem zaopatrzenia się w napoje wysokoprocentowe i pokarm) na owym betonowym dyngsie spędziliśmy resztę dnia i noc w ilości 1. Godzina 23, Słońce już zaszło, temperatura powietrza w końcu zaczyna osiągać „normalne” wartości – czyli da się wytrzymać, jest tylko 30 stopni, przed nami rozciąga się widok na Korfu, grecką wyspę oraz 3 małe wysepki niedaleko brzegu, na które chcieliśmy wcześniej popłynąć wpław, ale po chodzeniu po mieście za dnia w na pewno 38 stopniach upału nie mieliśmy już siły, heh. Zrobiliśmy ognisko. Wódka którą kupiliśmy okazała się anyżową…. xD, no niestety nie znamy albańskiego. Wóda, tosty, pseudo-nutella, sos słodko-kwaśny – na bogato jak nic! Spaliśmy na karimatach, plecaki w namiocie.

16.08.2011

NO TAXI, AUTOSTOP! – czyli łapanie stopa na taki kartonik stojąc przy postoju taksówek :D – tak próbowaliśmy się wydostać z Ksamil. Ok. 9 rano się zebraliśmy, o 10 już siedzieliśmy w terenowym samochodzie pewnego Włocha, który znów wziął 4 osoby. Aha, teraz historia toczy się już bez Amber i Adama, albowiem zostali na parę dni dłużej, z planem dostania się do Grecji drogą wodną acz darmową, zwiedzaniem Butrintu itp. My musieliśmy wracać, byliśmy umówieni na dzień następny w Ohridzie w Macedonii, a potem w sumie czas wyliczony na to aby dostać się do Suboticy.

Wcześniej chyba nie wspomniałem – tak, podjęliśmy decyzję że wracamy z Naserem. Dojechaliśmy do Sarande, tam trochę pieszo trzeba było przejść i się rozdzieliliśmy, bo coś nie szło – ale w sumie to się spotkaliśmy 3 godziny później :D Tym razem ja jechałem z Magdą. Zabrał nas z któregoś tam miejsca łysawy pan Włoch sportowym 2-drzwiowym Mercedesem, którego dźwięk silnika był po prostu piękny, tak, piękny. Kobiety mogą tego nie rozumieć ;D, jedźmy dalej. Zaprosił nas na kawę/colę do zatoczki która jest na zdjęciu wyżej ;d, potem ruszyliśmy dalej i patrzymy – Emile :D . No to jedziemy znowu razem. Zatrzymaliśmy się na tarasie widokowym, niedaleko miejsca w którym wcześniej zatrzymaliśmy się jadąc nocą do Vuno, więc teraz mieliśmy sposobność podziwiania tych niesamowitych widoków za dnia (przypomniał mi się tu dowcip; Niagara, turyści podziwiają wodospad, Anglicy mówią „Wow, that is wonderfull!” Niemcy” Das ist Wunderbar!” Polacy „Ooooo kuuuuur*aaaa!”) Potem z tego co pamiętam jechaliśmy z Brytyjczykiem, znowu we czwórkę, i słuchaliśmy z jego ajfona samą świetną muzykę, bo play listę miał bogatą. Na ‘do widzenia” dał nam 500 LEK ;d i poczęstował rakiją, tą własnej roboty. Gdy pociągnęliśmy łyk z butelki (po spricie) myślałem że mi wypali płuca… – było mocne tak samo jak absynt moim zdaniem :D Pożegnaliśmy się, no to przerwa na kawę. W barze zamówiliśmy kawę  poznaliśmy, w sumie to dziewczyny, kilku kolesi których zainteresowanie wzbudziliśmy. Dosiedliśmy się do stolika, coś tam gadamy, oni stawiają dziewczynom kolejkę rakii. Potem drugą, chcą im wino kupić, I niby spoko, tylko że nie bardzo chcieli nas puścić żebyśmy jechali dalej. W końcu zaczęli nas zapraszać na imprezę wieczorem, a potem żebyśmy spali u nich. Szkoda, że Ci kolesie nie wyglądali na w miarę „godnych zaufania” więc czym prędzej stwierdziliśmy jednogłośnie że trzeba się ewakuować. Kupiliśmy kukurydzę od starszej kobieciny przy drodze i łapiemy dalej. Nie czekaliśmy długo i zabrał nas przesympatyczny młody Włoch, cooś tam mówił po angielsku wiec jako tako dało się dogadać. Teoretycznie jechał do swojego miasteczka które mieściło się ok. 15 km od granicy z Macedonią ale praktycznie był taki miły, że nadrobił kilometrów i zawiózł nas na samą granicę!

Rozdział 8 – Macedonia – i powrót do domku. To już 18 dzień trasy :)

Sorry,  nie przewidziałem że tego tyle wyjdzie, to nie ostatnia część. Ale teraz już serio będzie ostatnia ^^ Koming sun :) Dzięki za wytrwałość!

Posted in Bez kategorii | Comments (0)

BałkanTrip 31.07-23.08.2011 cz. II

Wrzesień 30th, 2011
by Kamil

Ivan

Kilka cytatów Ivana; „Tam pod siedzeniem jest tequila. Możecie mi podać? (otworzyliśmy butelkę, podaliśmy, pociągnął spory łyk) Tequila pomaga mi w koncentracji, nie spałem od ponad 2 dni…” „Jak coś znajdziecie pod siedzeniami czy coś, to się częstujcie” – i tak poszło parę piw + tequila którą opróżniliśmy, i jakieś ciasteczka. Ivan należy do organizacji OEBS (Google mało pomagają…) Jakiś ruch wolnościowy czy coś… walka z rządem, systemem, itp. ;d W każdym razie – trochę totalnie anarchistyczne poglądy, wierny fan marihuany. Rozmowa cały czas się klei (In inglisz) a w międzyczasie podziwiamy uroki parku narodowego Durmitor….. tak cudowną drogą jeszcze nigdy nie jechałem, szkoda że nikt nie robił zdjęć naszym minom. Jakby opisać te widoki…; kanion; droga, kręta, wijąca się jak wąż, ostre zakręty, zza których nic nie widać, wokół wszędzie skały – momentami pionowe ściany, wyrastające wysokość kilkuset metrów. A gdzieś w oddali kanion rzeki Tary, z różnicami wysokości między poziomem drogi a szczytami kanionu – do 1300m !!! Tunele, aby przedrzeć się przez wnętrza gór, by chwile potem ujrzeć przepaść w dół, zalaną mgłą, miejsca do których człowiek chyba nie dociera, a na pewno ma problemy żeby to zrobić. Czujemy się jak w przedsionku raju, droga jest wspaniała. I jeszcze linia kolejowa dosłownie wydrążona w skale, czasami „wychodząca” na zewnątrz… ahh, po prostu bajka. Zbierając nasze szczęki spod siedzeń, czas zleciał szybko przy rozmowie z Ivanem dojeżdżamy do stolicy Czarnogóry – Podgoricy. Ivan był bardzo zafascynowany tym, że my tak jeździmy stopem gdzie chcemy (bo możemy! :D ), powiedział że fajnie jest spotykać inspirujących ludzi – ciekawe uczucie, bardzo pozytywne, być dla kogoś inspiracją :) . Ivan wysadza naszą radosną czwórkę na stacji która w sumie zgadzał się z opisem który dostaliśmy od Amber. Mieliśmy się spotkać o 21. Byliśmy tam ok. 20:50. Amber długo nie było, przenieśliśmy się na inną stację, bo może jednak ta była zła… Jechaliśmy z dentystą, samochodem YUGO! :D :D. Zmieściliśmy się do niego jakimś cudem, mega kompresja… ^^ ale ważyliśmy tyle że w samochodzie gasł silnik z wysiłku za każdym razem gdy stawaliśmy na światłach czy w korku… :D Wysiedliśmy gdzieś w centrum, doszliśmy na „ten drugi” Lukoil (to chyba Lukoil miał być…) iiii w sumie to sie nie dogadaliśmy. Na trawniku stacji rozłożyliśmy sięby zjeść oklację, od razu przybiegli wręcz zestresowanie pracownicy z wyrazami twarzy w stylu „ale wy tu chyba nie macie zamiaru zostać na noc???” Nie nie, my tylko odpocząć, zjeść i idziemy dalej :D . Sms’em o treści mniej więcej „to może jednak spotkajmy się w Kotorze” zakończyliśmy podrozdział szukania się w Podgoricyz Amber i Adamem. Szukając miejsca do noclegu odezwał się Ivan. Tak oto umówiliśmy się przy słynnym centrum handlowym „Delta City” że nas odbierze.

Była 23 z hakiem…. Po smsie o treści „będę za moment” którego otrzymaliśmy ok. 1 w nocy, Ivan zjawił się ok. godziny 3… czyli czekaliśmy jedyne 4h :D . Nawet ochroniarz do ans przyszedł z nieśmiertelnym już tekstem „no camp here” bo ja się położyłem na betonie i chciałem zdrzemnąć. Więc siedzieliśmy. To był piątek, noc, i mimo że to było „ścisłe centrum” Podgoricy nie było tam żywej duszy! Nie zapominajmy że to stolica kraju :D . Ivan przyjechał z kumplem. Upchaliśmy siew 6 osób, nasza czwórka z tyłu, do samochodu i pojechaliśmy do parku obalić parę browarów. I tu coś czego nigdy nie zrozumiem… abstrakcja totalna; zatrzymuje nas policja. Policjanci/Policjant patrzy an nas upchanych z tyłu. Ivan podaje dokumenty, po chwili wysiada. Otwiera ‘moje’ tylne drzwi (na których wpół siedziałem, wpół lewitowałem) i je zamyka. Wsiada i odjeżdżamy. WTF? – pytamy ;d Chodziło o to że te drzwi mieliśmy niedomknięte, a niebezpiecznie jest jeździć z 4 osobami w tyle i niedomkniętymi drzwiami… Żadnego mandatu, nic… nie mam pytań ;d – polubiliśmy Czarnogórską policję. W parku okazało się, że Ivan nie pije, bo rano musi do pracy czy coś, a jego kolega nie pije bo coś tam :D Więc mielismy ich ok. 7 czy 8 browarów dla siebie. Spokooo. Potem odwieźli nas do Delty City i tam szukaliśmy miejsca do spania. Rozłożyliśmy się przy wielkim hangarze, fabryce czy czymś takim. I tu przygoda z Ivanem się kończy. Mimo że chcieliśmy się spotkać następnego dnia żeby „na trzeźwo” poruszyć niektóre tematy, to się nie udało.

6.08.2011

W sumie to położyliśmy Się spać ok. 4 nad ranem, ale co tam. Obudziły nas dźwięki dochodzące z fabryki/magazynu. Pełno pracowników patrzących na nasze namioty, jakiś wózek widłowy, 2 ciężarówki rozładowywane… spoko, na szczęście nikt problemów nie robił :D Nigdzie nam się nie spieszyło więc stwierdziliśmy że trzeba pozwiedzać stolicę Czarnogóry. Po zakupach w Delcie City (tą Deltę to do końca wyjazdu wspominaliśmy … :D ) podzieliliśmy się na 2 team’y i każdy miał po 1,5h zwiedzania, spacerowania po Podgoricy, żebyśmy nie chodzili z plecakami cały czas. Wcześniej pisałem, że w nocy w „frajdej najt” nie było tu żywej duszy – w sumie to za dnia niewiele się to zmieniło ;o W tym mieście nie ma ludzi! Ale to tylko dlatego że wszyscy są w Kotorze, lub gdziekolwiek indziej na wybrzeżu na wakacjach. Latem Podgorica podobno bardzo pustoszeje, bo w tym mieście nic się nie dzieje, nie ma nic do roboty. Te miasto ma (wg cioci Wiki, dane z 2003) nieco ponad 130 tys mieszkańców…. Czyli mniej niż moja rodzinna Ruda Śląska. I szczerze? To miasto wydaje mi się o wiele bardziej ubogie / biedniejsze od Rudy ;p Tam nie ma nawet rynku jako tako :D . Szukając rynku postanowiliśmy w końcu się zapytać kogoś gdzie to jest. Pokierowano nas na fontannę i tu olśnienie „aaa, to to jest rynek. Przechodziliśmy już przez niego w takim razie 4 razy :D ” Dziewczyny miały problem żeby znaleźć pocztówki z Podgoricy, ale jak to jeden kierowca powiedział, Podgorica to tylko batonowa pozostałość po komunie, tu nic nie ma, ludzie stąd uciekają. Niestety prawda. Więc nieco zawiedzeni stolicą tak przepięknego kraju ruszyliśmy na Kotor! Na wylotówce przerwa na śniadanie (w sumie to drugie lub trzecie), zmiana składów, tym razem ja z Emilem (Magdą), a Emil z Emilem (Kasia z Kubą). Jakoś od niechcenia pokazałem kartkę Kotor, a jechała jakaś limuzyna, więc żadnych nadziei na zatrzymanie, aaaale się okazało że złapałem stopa do Kotoru :) Dwie kobiety, mama z córką jechały na festiwal w Kotorze. Jaki festiwal??? Okazało się, że od 3 dni trwa festiwal przebierańców, teatralny czy cos w ten deseń. A dziś dzień ostatni, podsumowanie – najs! Droga wybrzeżem, po górach, serpentynach jest cudowna. Brak słów! Przejeżdżaliśmy przez Budvę, widzieliśmy wszystko z drogi która wiła się dobre setki metrów nad poziomem morza. Wszędzie czerwone dachy, gorąc + Bóg wie ile stopni Celsjusza – adriatycko-śródziemnomorski klimat pełną gębą! I nie można zapomnieć o milionach turystów w Budvie…, wszak Budva to turystyczna stolica Czarnogóry.

Kotor

Wysiedliśmy w centrum, i teoretycznie próbowaliśmy cos pochodzić sobie zobaczyć jak to wygląda itp., ale praktycznie siedzieliśmy przed wejściem, bramą główną do starego miasta, i czekaliśmy na Emilów, i doczekać się nie mogliśmy. Przyjechali chyba dopiero po 4 godzinach ;o,  na jakieś 283746 samochodów :D ale to już ich historia. Bagaże zostawiliśmy w przechowalni na dworcu autobusowym, zabierając ze sobą to co najważniejsze: jedzenie, karimaty, śpiwory, szczoteczki do zębów, kąpielówki ;D. Przechowalnia była na 24 godziny, więc do następnego wieczora spokój z ciężarami. Zbliżała się 22, na ulicach strzelam że dziesiątki tysięcy (a jedna dziesiątka na pewno!) ludzi, wszyscy czekają na korowód. I faktycznie, przez całe miasto idzie korowód przebierańców, dzieci, dorośli, stroje każdy z innej parafii, czyli nic tematycznego ;d. W tle całkiem ciekawa czarnogórska nuta w głośnikach, jest extra :D . Tej nocy nocleg był ciekawy, bo na bezczelnego przy głównej ulicy spaliśmy :D . Były to jakieś murki, resztki fundamentów, czy ścian, coś takiego, niektóre na tyle wysokie że od jednej strony ulicy idealnie nas zasłaniały. Niestety byliśmy widoczni z ulicy prostopadłej do głównej, podobno tak, że niektórzy aż podchodzili zobaczyć co to, kto tam leży – nie wiem, ja spałem :D , jak raz zasnąłem, to się dopiero obudziłem rano. Reszta z Emilów często się budziła z powodu gapiów, czy ludzi idących się wysiusiu 15m od nas… cóż

7.08.2011

Jaki banan na twarzy, gdy otwierasz oczy po przebudzeniu i widzisz po lewej góry, które wyrastają na dobre kikaset metrów :D a mimo to w nocy i tak było gorąco. Ten dzień minął nam na taplaniu się w wodzie o temp 26/27 stopni i zwiedzaniu starego miasta.

Stare miasto – chyba najbardziej wypasione stare miasto jakie dane mi było ujrzeć! Jego klimat jest niesamowity. Najlepiej pokażą to zdjęcia (te na googlach lepszej jakości od moich;d), filmiku ani panoramy 360 stopni nie mam ;p. Coś niesamowitego. Setki schodów, zaułki, ślepe uliczki, zakamarki, okiennice, wąskie przejścia, tak wąskie że okiennice przeciwległych budynków prawie się stykają, miasteczko jakby dalej sobie żyło w średniowieczu. Jest to jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w południowo-wschodniej Europie…  I te wiszące pranie wszędzie, dzieciaki biegające za kotami których jest tam mnóstwo (zapach nie teges, ale co tam;p) I cały Kotor jest otoczony murami miejskimi o dł. 4,5km, które ciągnąć się po górach tworząc fortyfikację nie do zdobycia.  Ahh, ahh , ahh :D

Ok., wracając…, no i generalnie to Amber się zjawiła, wraz z Adamem, i przyjemną wiadomością że idziemy odwiedzić Jocka – hosta od Amber z zeszłego roku. U niego mogliśmy zostawić nasze rzeczy wziąć, prysznic, zjeść, na bogato ogólnie :D Nawet załapaliśmy się na kąpiel w basenie – tak był basen na zewnątrz, i to nie dmuchany. Tej nocy spaliśmy na betonowej prywatnej (jak się potem okazało) plaży. Tam wszystkie „plaże” to betonowe placyki z schodkami do wody, i wszystko jest prywatne.

8.08.2011

Zjedliśmy śniadanie. Przyszedł właściciel plaży… Czy wy tu spaliście? – zapytał. Nieeee, przed chwilą tu przyszliśmy, śniadanie zjeść ;d. „Mam nadzieję, bo to prywatna plaża. Siedzieć tu możecie, ale nie spać” Tak jest szefie! :) Zjedliśmy i pozbieraliśmy się. Ten dzień był zatytułowany jako „dzień z adrenaliną” a to za sprawą lotu paralotnią nad Budvą! Emile jadąc do Kotoru jechali z kolesiem który organizuje takie coś i za 70 ojro można się „przelecieć” nad Budvą. Cena z kosmosu, ale wraz z Magdą i Kasią daliśmy się namówić – bo możemy! Lepsze to niż potem pluć sobie w brodę, że się nie wykorzystało dobrej okazji :D Przyjechał po nas terenowy samochód, pojechaliśmy do Budvy, wjechaliśmy na najwyższą górę, i po kolei lecieliśmy. Rewelacyjne widoki, adrenalina jest – polecam! Tylko szkoda że sam lot trwał max. Jakieś 7 minut. Udało nam się „wytargować” na 60 euro, ha! xD Wracanie stopem do Kotoru w 3 osoby do ciężkich zadań nie należało, poszło szybko i gładko, na 3 samochody. Po całodziennym opierdzielaniu się na Słońcu trafiliśmy do Jocka. Wieczór pod hasłem karaoke :) Zrobiliśmy wspólnie wielką kolację i było spoko :D . Tej nocy spaliśmy, hm, jakby to wyjaśnić. Schodkami na górę i po lewej, tak, właśnie tam :D . Jakiś kawałek trawy, niewidoczny z ulicy, gdy się leży oczywiście.

9.08.2011

Rano okazało się że nasze jedzenie bardzo spodobało się mrówkom, których znaleźliśmy w reklamówce jakieś pół miliarda :D Ten dzień postanowiliśmy przeleżeć na plaży – tej samej na której spaliśmy. Od 10 do 16 nam się udało. Lecz o 16 przyszedł właściciel z niezbyt motywującym tekstem „You have to leave this place” ehh. Podziękowaliśmy za gościnę i poszliśmy. Znaleźliśmy Polaków :D , którzy pozwoili nam się ulokować obok nich. Pogadaliśmy z nimi, było miło :) Powoli zbliżała się ostatnia noc – najlepsza – bo w planach było to co Kotorskie tygrysy lubią najbardziej – nocleg na szczycie fortyfikacji! :D Koło godziny 23 ruszyliśmy od Jocka w kierunku ponad 1500 schodów prowadzących na szczyt fortyfikacji. Na szczyt nie dotarliśmy bo już nikomu(prawie) nie chciało się iść :D . Przed 1 w nocy próbowaliśmy pójść spać – próbowaliśmy bo pewien anonimowy wiatr nie dawać spać. Taka mała lekka wichura się zrobić, zmiatając wszystko, a żwir kurz, gałęzie i cokolwiek jeszcze leciało prosto na nas.

10.08.2011

Na wschód Słońca wstałem tylko ja, reszta odpadła :d Myślałem że szczyt szczyt to ejst taki, że widać po jednej stronie Kotor, a po drugiej „coś” spad w dół, ale isę okazało że widoku to tam żadnego nie ma, tylko jest druga góra, pnąca się jeszcze wyżej… – no z dołu to wyglądało trochę inaczej ;d.

Pozbieraliśmy się, śniadanie, powrót do Jocka, pożegnanie się i uciekamy do Albanii, już 4 noce w Kotorze, ileż można :D Znowu mała zmiana składów, tym razem ja z Amber. Pierw kilkanaście km z przesympatyczną kobietą, potem spory odcinek z pewnym facetem… który chciał nas zawieźć do samego Szkodru w zamian ze seks O_O, i to jeszcze trójkącik chciał… ;d Pierw nie bardzo kumaliśmy o co mu chodzi, bo gadał po czarnogórsku, czy jakiemuś. Aż w końcu w pewnym momencie widząc że my nie rozumiemy, przypomniało mu się magiczne słówko i pokazuje palcem  na siebie, na Amber i na mnie, i z gestem „wszyscy razem” mówi ‘seks’. Stanowcze zaprzeczenie z mojej strony było bardzo stanowcze :D , w sumie to z Amber nie wiedzieliśmy czy mamy się śmiać w tej sytuacji czy co… :d Wysiedliśmy w miejscu w którym początkowo mieliśmy wysiąść więc wszystko zgodnie z planem. Wysiedliśmy i dzięki naszej wielkiej fladze Polski złapaliśmy Polaków, małżeństwo, które podróżowało po Bałkanach. Baaaardzo fajnie się z nimi jechało, jako że mieliśmy czas to zabraliśmy się z nimi na plażę – taką ukrytą, na byłych terenach wojskowych, która w teorii jest zamknięta (stoi wielka brama, budka strażnicza i te klimaty) ale w praktyce wszyscy tamtędy jeżdżą. Przejeżdżaliśmy prze rewelacyjny gaj oliwny, ale to tak wielki jak stąd do Berlina! :D Drzewa oliwne to najpiękniejsze drzewa jakie widziałem. Setki tarasów, na których rosną te drzewa oliwne, czerwona ziemia – po prostu wspaniały widok, a drzewa – każde inne, oliwa oliwie nie równa, te drzewa mogą przybierać tak różnorodne kształty ze można się zdziwić :D . Jadąc tą drogą (był asfalt, szaleństwo!), była na tyle mało uczęszczana że łatwiej tam było spotkać stado owiec (spotkaliśmy) i osiołki (spotkaliśmy – jeden nawet nam do samochodu wchodził przez szybę :D ) Ci mili Polacy wysadzili nas ok. 30km przed granicą z Albanią, które pokonaliśmy z jakimś ziomkiem, rozlatującym się poniekąd samochodem – czyli powoli czuć :D Albański klimat.

Rozdział 7 – Albania

Witamy w Albanii, kraju który wg nonsensopedii nie istnieje :D  Na granicy nie staliśmy nawet kilku minut, gdy zatrzymał nam się stary, pomarańczowy VW transporter camper… A w nim (tu nowy podrozdział)

Agostin i Marita – najbardziej kochani i wspaniali ludzie jakich spotkaliśmy…

Zapraszam na część III, ostatnią, która ukaże się niebawem :)

Posted in Bez kategorii | Comments (2)

BałkanTrip 31.07-23.08.2011 cz. I

Wrzesień 10th, 2011
by Kamil

Dlaczego pojechaliśmy na Bałkany? – Bo możemy! (hasło, które stało się motywem przewodnim całej ‘wycieczki’)

Czyli wyjazd 6 autostopowiczów celem poznania Bałkanów.

31.07.2011

Rozdział 1 – Polska

Ok. 6.30 odebrawszy Kasię z dworca w Katowicach zostaliśmy podrzuceni błękitną rakietą Peżo 206 na MOP Ruda Śląska Wirek. Ową rakietą kierował mój tata. Pożegnawszy się nieśmiało rozpoczęliśmy „działania autostopowe”. Pierwszy samochód do którego podeszliśmy po paru minutach, na warszawskich numerach okazał się naszym szczęśliwym samochodem. Młode małżeństwo jechało do Pragi. I w ten oto sposób pierwszym stopem zajechaliśmy za Brno, na stacji benzynowej przy rozwidleniu dróg na Pragę i Bratislavę. Koniec rozdziału pierwszego :D

Rozdział 2 – Czechy

Tam praktycznie pierwszy kierowca do którego podeszliśmy, polski TIR, stwierdził że weźmie nas bez problemu, ale po pauzie 45 minutowej – czyli przerwa na śniadanie. Akurat zaczęło padać, ale gdzieś po drodze przestało, uff. Nasz kierowca był pasjonatem starych samochodów i motorów. Miał Garbusa z lat 60-tych, starego Junaka,  z czasów wojennych, a jego syn dużego fiata, odnowionego i w ogóle och i ach :D Bardzo fajnie się rozmawiało o tej tematyce. Miło słyszeć, że ludzie na emeryturze, dorabiając sobie mają jakieś hobby – i to dość konkretne! Kierowca wysadził nas na samej granicy czesko-słowackiej.

Rozdział 3 – Słowacja i pierwsze nieoczekiwane spotkania

I tu się passa autostopowa kończy, a zaczyna się tragedia, lub po prostu – brak szczęścia. Jakoś dojechaliśmy do Bratysławy. Wyrzuceni przed centrum trzeba było coś wykombinować i pierw jednym stopem podjechaliśmy 4 km dalej, potem kolejnym 3 km dalej, żeby się znaleźć na „bardziej konkretnym” zjeździe w stronę Budapesztu. Troszkę się pieszo nachodziliśmy, ale co tam – wszak to nieodłączny element autostopowych wojaży :) .  Po pierwszym króciutkim stopie, nie szło nie szło i nie szło i nadszedł czas na decyzję o wyciągnięciu jedzenia! – wtedy to zawsze się ktoś zatrzyma. Kasia wyciągnęła miód. I tu sytuacja była dość komiczna: Kasia się całą upaprała miodem wliczając w to wełniany sweterek i włosy (!) i właśnie w tym momencie zatrzymał nam się samochód. W pośpiechu pakując się, domykając plecaki weszliśmy do środka, a Kasia z słoikiem miodu w rękach, bo jak na złość łyżeczka wpadła do środka…. xD. Potem jeszcze pokrywka słoiczka spadła gdzieś pod siedzenia… a najśmieszniejszy to był moment jakieś 20-sekundowej ciszy w samochodzie przerwany nagle gromkim śmiechem Kasi z tej całej sytuacji. Kierowca aż się spojrzał do tyłu sprawdzić co jej jest, dlatego ni stąd ni z owąd taki wybuch śmiechu. No ale to już tylko my zrozumiemy w pełni. Wysiedliśmy przy rozjeździe jakimś. Przeszliśmy 100m dalej, na wyjazd i stoimy próbując dalej. I tak sobie stojąc spotkaliśmy…. Policję! Nie

bardzo się im spodobało że tam stoimy – mimo że ruch był stosunkowo mały, wręcz go nie było! Ba, ruch w tym miejscu był ujemny :/ Kazali nam iść na stację. Więc cofnęliśmy się pieszo ok. 600m na stację benzynową. Widząc 2 innych autostopowiczów postanawiamy zagaić. Okazało się że to część naszej „bałkańskiej grupy” w postaci Kingi i Stiepana z Czech, którego spotkała po drodze i postanowili jechać we dwójkę. Poszliśmy na stację, popisaliśmy na necie na CS w grupie last minute couch czy ktoś by nas w Budapeszcie nie przygarnął. Po gdzieś godzince spędzonej w klimatyzowanym wnętrzu stacji wyszliśmy łapać, i Kingi i Stiepana nie było ale za to była Madga z Kubą, czy jak tam kto woli Emil z Emilem :D . Tu całą czwórką mieliśmy w sumie farta, bo pierw stopa złapały Emile, a my jakąś minutę później – wszyscy do samego Budapesztu. Kierowca był ładnie wygadany po angielsku, był rudy, ale to chyba nie ma znaczenia, a znaczenie ma to, że byliśmy jego pierwszymi autostopowiczami których w życiu zabrał, i stwierdził że to fajna sprawa i że będzie zabierał na pewno jak kogoś jeszcze kiedyś spotka.

Rozdział 4 – Węgry

Koło 21 dotarliśmy do centrum Budapesztu. Tego wieczoru się z Emilami nie spotkaliśmy, bo nie wyszło dogadanie się.  W Macu na necie posprawdzaliśmy CS – nic. Trzeba było myśleć o noclegu. Stanęło na wyspie Św. Małgorzaty, (doszliśmy tam po prawie godzinie marszu, co by było spoko, bo Budapeszt nocą jest extra, tylko te plecaki…. Ważące tysiąc ton i 5 kg) – na karimatkach z widokiem na rzeczkę :) , wręcz na widoku, bo ludzie do nas machali nad ranem ;d.

1.08.2011

Rano obudzili nas  Magda z Kubą, którzy jak się okazało spali jakieś 200m obok – lol. Bagaże zostawiliśmy w przechowali i ruszyliśmy na podbój Budapesztu – czyli cały dzień pieszego zwiedzania.  Już byliśmy z Kingą i Stiepanem, dołączyli do nas. Ogólnie to Budapeszt jest drogi, i to bardzo! Jedynie szafki na plecaki na dworcu były tanie. Fajne było jedzenie arbuza nad rzeką.  Fajne też było ( w sumie najlepsze bo najgłupsze; chodzenie po całym mieście praktycznie przez cały dzień w koronach z burger Kinga (takich papierowych dla dzieci) Wcale a wcaaaale ludzie się na nas nie patrzeli – w sumie to się im nie dziwię, jak ja bym widział rodzinę królewską to też bym zerkał cały czas i robił zdjęcia ukradkiem. Wszyscy nam tych koron zazdrościli. Nawet jedna pracownica na kasie w supermarkecie zagaiła do nas po angielsku „Are You from Royal Family?” xD. Poza tym to byliśmy w katedrze, baszcie rybackiej i na zamku, a niedaleko pomnika Gellerta Stiepan znalazł świetną miejscówkę na nocleg. Był tam bardzo ciekawy pomnik przywódców religijnych, czy coś takiego… 5 postaci stojących w koło, wszystko z marmuru, a pośrodku srebrna kula. Stał tam Jezus, Abraham, Mahatma Gandhi, Ehnaton i ktoś jeszcze… Wieczór i noc minęła bardzo fajnie, integracja na murku z widokiem na caały (no może pół) Budapeszt nocą przebiegła pomyślnie :D

2.08.2011

Z rana poszliśmy szczyt wzgórza, pod pomnik Wolności i tam leżeliśmy plackiem długi czas – bo możemy! Tam widzieliśmy zaiste rzecz ciekawą: idzie sobie grupka Chińczyków, nagle jedna

staje, trzyma jaw ręku rolkę papieru toaletowego i zaczyna pozować do zdjęcia, tak z papierem o.O Nie mam pytań :D .

Oczywiście na pytanie „Dlaczego ona robi sobie zdjęcie z papierem toaletowym” odpowiedź brzmi – „Bo może!”  Potem

na spokojnie poszliśmy po plecaki i zaczął się etap wydostawania z Budapesztu na „wylotówka-thing” – albowiem tak po angielsku brzmi wylotówka. Podjechaliśmy autobusem na jakiś ostatni przystanek, przy autostradzie. I tu można by rozpocząć osobny rozdział specjalnie na tę sytuację;

Stacja OMV – nasi najlepsi węgierscy przyjaciele

Wysiedliśmy na przystanku obok którego była stacja OMV. Tam postanowiliśmy sobie zrobić małe „Have a brake have a kit kat” czyli obiad. W ruch poszedł Bigos! xD który miałem w słoiku przywieziony z Polski. Mój plecak to ogólnie zawierał ciekawe rzeczy, jak np. kuchenkę, bigos, kiełbaski w leczo, największy słoik nu telli, menażkę i parę innych ciekawych rzeczy, na które wszyscy się pytali „Po co Ty tyle tego masz?” Bo mogę! :D nieważne że ciężkie trochę było,  z każdym dniem, było mniej i plecak chudł :) .  Postanowiliśmy gdzieś tam nocować, mieliśmy sporo czasu, nigdzie się nam nie spieszyło. Dlaczego tak uwielbiamy pracowników tej stacji benzynowej? Bo są najwspanialszymi ludźmi na świecie! Nie, koniec tej ironii – na bardziej beznadziejną obsługę trafić się nie dało. Jak tylko nas zobaczyli to miny mieli niewyraźne. Jak myliśmy się w ubikacji patrzeli się jak nie wiem na co. Gdy dziewczyny poprosiły o wrzątek spotkały się z odmową , gdy my chcieliśmy podładować telefony komórkowe, nie mogliśmy ich tam zostawić ‘pod ladą’ tylko siedzieć przy nich – więc z Kubą siedziałem tam prawie 2h. A gdy chcieliśmy zmienić telefon, żebyinne naładować przyszedł jakiś facet z obsługi, którego wcześniej nie było i przecząco pokiwał palcem, wyciągając wtyczki z kontaktu i oddając nam telefony. Z miną w stylu „WTF?!” lub alternatywnym znaczeniem „no chyba pana pogięło?” wyszliśmy.

Od tego momentu postanowiliśmy być tak samo mili dla nich jak oni do nas. Czyli jak Kuba Bogu tak Bóg

Kubańczykom. Jedyne co mogliśmy zrobić, żeby ich wkurzyć, to notoryczne korzystanie z ubikacji. Więc praktycznie z każdym pojedynczym garnkiem szliśmy od mycia, a to potem siku, a to zęby umyć, a ręce, a woda do zagotowania i w sumie w przyjemnej atmosferze minęło nam całe popołudnie. Spotkaliśmy na tej stacji 2 kolesiów którzy podobno jechali do Syrii, też na stopa naturalnie. Ale byli coś mało rozmowni. Pod wieczór na stacji zjawiły się 2 autostopowiczki. Ściemniło się, nikt ich nie zabrał, więc… czas na integrację.  To był bardzo międzynarodowy wieczór, ponieważ okazało się, że dziewczyny są z Niemiec, z czego jedna z pochodzenia jest Włoszką. Podsumowując:  Polacy, Czech, Niemka i Włoszka na stacji benzynowej pod Budapesztem. Spaliśmy tam gdzie się rozbiliśmy, czyli 10 m od tej stacji. Część z nas pod gołym niebem, część pod namiotem.

3.08.2011

Nad ranem nieco zaatakowała nas rosa, więc rzeczy trzeba było wysuszyć. Przenieśliśmy wszystko na kawałek betonu, który jest przy samej stacji. Nie minęło parę minut jak już pracownicy tej stacji zaczęli zaglądać co my tam robimy, tak jakby chcieli nam wzrokiem powiedzieć „spadajcie stądże wreszcie!” Jakiś niedługi czas potem przyszedł jeden facet w uniformie i pokazuje nam gestem „sio sio, idźcie stąd” jakbyśmy niewiadomo jak mu tam przeszkadzali…. Ja pierdziele, co za ludzie. Chyba wszyscy lewą nogą wstali… Pozbieraliśmy sięi pierwsza drużyna zaczęła łapać – Kinga i Stiepan. Kinga musiała dotrzeć tego wieczora do Novego Sadu o ile dobrze pamiętam, więc mieli „pierwszeństwo przejazdu”. Udało im się w mniej niż 10 minut. Potem przyszła kolej na Kasie i mnie, też nam się udało w kilka minut. No i na koniec Kuba i Magda – oni już takiego szczęścia podobno nie mieli… Stali tam chyba z 30 minut, czy trochę więcej, więc i tak nie źle jak na autostop. My złapaliśmy prosto na Szeged, a stamtąd całkiem sprawnie na Ryszke – czyli już granica.

Rozdział  5 – Serbia

Stąd zabrał nas wspaniały holender, swoim 3-drzwiowym BMW serii 3.  Pan miał chyba dobrze 60 lat, ale był tak młody duchem! :D W ogóle to jechał do Serbii do swojej dziewczyny. Sam kiedyś jeździł stopem. Opowiadał, że jeździł np. po Francji, Hiszpanii, pół roku podróżował po Ameryce Południowej! (ale nie stopem ;D) I tak przyjemnie sobie jadąc, dojechaliśmy do miejsca w którym on leciał gdzieś do siebie, a nam do Belgradu zostało ok. 70 km. Nie czekaliśmy długo, mimo że ruch był nieduży i zatrzymał nam się Igor! :D Jak się okazało, mimo że sam stopem nie jeździ bo nie ma czasu, to często autostopowicze i inne ludziki u niego śpią, albowiem jest hostem na CS-ie, i ma wielu gości. Bardzo fajnie nam się jechało, rozmowa cały czas szła, i na koniec jazdy stwierdził że jesteśmy tak spoko, że nas trochę podrzuci za centrum żebyśmy mieli łatwiej  i na do widzenia dał nam swoją wizytówkę, gdybyśmy kiedyś odwiedzili Belgrad – a chcemy bo mimo że tylko przejazdem, to bardzo nam się spodobał  – mamy pewny nocleg u niego. Staliśmy na przystanku autobusowym. Po kilku minutach zatrzymał nam się dostawczy mercedes na polskich numerach. Kierowca mówił po polsku ale z obcojęzycznym akcentem. Okazało się, że nie zatrzymał się z powodu naszej wielkiej flagi, bo jej nie zauważył, tylko ot tak – więc tym bardziej Bóg zapłać :D . Bagaże daliśmy na pakę załadowaną jakimiś kartonami, ruszyliśmy. Okazało się, że kierowca jest Albańczykiem, ale z pochodzenia z Kosowa i ma polskie obywatelstwo bo 10 lat mieszkał w Warszawie. Ledwo rozmowa się zaczęła, ujechaliśmy jakieś 2 minuty, i mówimy coś w stylu – bo wie Pan, my to tak większą grupą jeździmy, tylko się rozdzielamy. O o o o tu tu stoją nasi!!!  – Czy mam się zatrzymać? – Jeśli to nie problem ich wziąć… – Nie problem. Banany na twarzy, Emile biegną do nas, radość jak nic :D . a że z przodu tylko 3 miejsca, to Kuba z Magdą jechali na pace, razem z kartonami, które były wypełnione różnej maści sprzętem wędkarskim, albowiem kierowca nasz był właścicielem takiego sklepu. Dlatego też często jeździł do Polski, Czech i po całej Serbii, mówił że zaopatruje ok. 50 sklepów w towar. Polecał

nam jakie miejsca mamy odwiedzić, kupił arbuza po drodze, zaprosił na piwo, i tak przyjemnie dotarliśmy do miejscowości Użice. Naser, bo tak kierowca miał na imię, powiedział ze 20.08 będzie jechał do Polski z Suboticy, i jak chcemy możemy jechać z nim. Dobra propozycja, zastanowimy się.

4.08.2011

Tej nocy spaliśmy na takim wielkim trójkącie trawy na przecięciu 3 dróg. Było twardo i niewygodnie, śledzie nie chciały się wbijać w podłoże, i spaliśmy w 4 osoby + wszystkie plecaki w 1 namiocie, bo nam się drugiego nie chciało rozkładać…. :D – cóz, lenistwo ;p (a bardziej zmęczenie, bo namiot od Kuby się rozkłada i składa w 3 sekundy) Rano ruszyliśmy dalej. Zaczęło padać. Staliśmy długo. Ale się udało. Mimo że ciężko się było dogadać pojechaliśmy, gdzie, nie wiemy :D . Wyjdzie w praniu. Na dzień dobry u nowego kierowcy zauważyliśmy prawie metrowej długości siekierę za fotelem i pajączka na szybie biegnącego od prawego dolnego roku. Ogólnie wnętrze samochodu było bardzo zaniedbane i porozpierniczane w wielu miejscach ;o. Kierowca podobno było policjantem. W trakcie jazdy stawaliśmy jakieś 3 razy, to po to żeby on spodnie przebrał, a to żeby pogadać z jakimiś znajomymi, a to żeby wypić coś z kieliszków z kolejnymi znajomymi…. Zjechaliśmy z głównej drogi na Kokin Brod i jechaliśmy krętą górską drogą nie wiadomo gdzie. W pewnym momencie samochód stanął – koniec paliwa. Podziękowaliśmy za jazdę i ruszyliśmy pieszo dalej – bo co innego mieliśmy zrobić :D Potem ciekawa była jazda z dwoma pszczelarzami którzy częstowali nas Rakiją i gruszkami w trakcie jazdy, a potem zaprosili do baru. To był bar! Totalne za*upie, górskiemiasteczko, które chyba nawet turystów nigdy nie widziało, w telewizorze leci jakieś serbskie dico-polo, wystrój wnętrza typowo sięgający lat 80-tych. Jednym słowem – jest klimat! Gdy łapaliśmy dalej staliśmy chyba godzinę. 1 samochód na jakieś 20 minut jechał. Aż jakieś dzieci się do nas przyplątały, pierw jeden mały chłopczyk, który tylko patrzał, potem 2 jego koleżanki, i się na nas patrzeli…. I wtedy ktoś nas zabrał do samego Kokin Brodu! Ahh, a dlaczego w ogóle Kokin Brod? Przy którejś tam wspólnej rozmowie stwierdziliśmy, że skoro Amber jeszcze nie wyjechała, to po co jechać od razu do Podgoricy, i tam siedzieć bez sensu; więc patrzymy po mapie Serbii „o, tu jest jakaś małą niebieska plama, może być fajne jeziorko, posiedźmy tam”. Jak się okazało te jezioro jest dość spore! I bardzo ładne, ale to chyba zaleta większości górskich jezior.

Woda cieplutka, obok restauracja – w której przesiedzieliśmy kilka godzin. Obsługa była bardzo miła, bez problemów podładowali telefony całej naszej czwórce, pojedliśmy tradycyjnych serbskich dań i sałatek i zabraliśmy się powoli do spania. Trochę popadało wieczorem, cały czas grzmiało i błyskało się, ale burza jako tako na szczęście przeszła bokiem. Spanie – ciekawy motyw. Nad brzegiem jeziora jest małę pole gdzie stało kilka campingów, po rozmowie z turystami okazało się, że to prywatny teren którego właścicielem jest niejaki Wojko, i pozwala tu spać za darmo, o ile tylko da mu się znać że by się chciało tu rozbić. Wojka nie znaleźliśmy, ale kelner z restauracji do niego zadzwonił, przedstawił sytuację i dostaliśmy pozwolenie, no to cool :D . Od teraz Wojka nazywamy władcą całej Serbii, a jego wtyki sięgają aż do Czarnogóry! Tylko wyspa na środku tego jeziora to kolonia angielska…. xD

5.08.2011

Wolność – bez żadnego budzika, budzisz się, wychodzisz z namiotu i widzisz przepiękne góry (nieco ponad 1000m wys.), których wierzchołki schowane są w chmurach, prawie idealnie gładką taflę jeziora spokojnego po burzy i resztki czarnych, kłębiastych chmur daleko na horyzoncie. Żyć nie umierać,

czego więcej potrzeba? Może piwa, bo się wieczorem Jelenie skończyły… Jedziemy dalej, przeszliśmy ok. 2km, postaliśmy chyba z 0 minut, ale udało się pojechać we 4 na raz. Dojechaliśmy do Prijepolje, czyli jakieś 30km dalej. Stamtąd TiRem na samą granicę z Czarnogórą, tym razem tylko we dwójkę. Tam powoli zaczynał się park narodowy Durmitor. Podobno jest tam jeden z najpiękniejszych (jak nie ten –naj) kanion w Europie. Póki co nasz krajobraz wyglądał tak: Jedna droga otoczona wysokimi skałami z obu stron, gdzieś tam rzeczka, częste tunele i jeszcze tunel kolejowy w skałach, co jakiś czas ‘wychodzący’ na zewnątrz – rewelacja.

Rozdział 6 – Czarnogóra

Na granicy ledwo wysiedliśmy i przeszliśmy przez bramki pokazując paszport/dowód gdy jakiś Emil macha nam z okna…. I tak poznaliśmy Ivana, naszego 17-tego kierowcę, chyba najbardziej interesującego kierowcę całej podrózy :D

To be continued!

Posted in Bez kategorii | Comments (0)

Praga – ferie 2011

Luty 22nd, 2011
by Kamil

……… …. ……… .. … ……. . ………

Posted in Bez kategorii | Comments (0)

Barcelona – szalony sylwester 2010

Luty 22nd, 2011
by Kamil

Sylwester w Barcelonie 2010, czyli kolejna autostopowa przygoda :D

„Krótka” relacja jak przebiegł 9-dniowy wyjazd Kamila, Pawła i misia do ciepłej, niezaśnieżonej Hiszpanii.

Hasła  przewodnie wyjazdu:

1.       Jakoś to będzie.

2.       Coś się wymyśli.

I z takim nastawieniem ruszyliśmy!

http://pawellot.pl/barcelona/gallery/index.html – wszystkie foty na Lotowym serwerze :) i ta opowieść również u niego: http://pawellot.pl/barcelona/

http://www.facebook.com/home.php?#!/album.php?aid=44463&id=100000244848010
http://www.facebook.com/album.php?aid=44575&id=100000244848010

Wtorek, 28.12.2010 – dzień 1

Pobudka o godzinie 5 rano, zbiórka na wjeździe na autostradę A4 o godzinie 6.10. Ciemno, zimno i jak na złość jak tylko zaczęliśmy „łapać” zaczął padać śnieg – ten niefajny, mokry który się lepi do wszystkiego, a fe… Dopiero po ok. 45 minutach ktoś nam się zatrzymał. Dojechaliśmy na węzeł Sośnicę, z którym nie mam najlepszych wspomnień pod względem autostopu. No ale okazało się, że nie było tak źle. Przeszliśmy pieszo kawałek węzła (CI co go znają, wiedzą jaki jest spory i że wygląda jak wielkie spaghetti) na miejsce dogodne do łapania i w sumie po jakichś kilkunastu minutach zatrzymał nam się jakiś dostawczak, jak się okazało na sam Wrocław, chłopacy jechali do pracy – pięknie. Jazda minęła całkiem szybko mimo wszędobylskiego śniegu, który nie szczędził nawet autostrady.  Ok. godziny 10, może trochę później byliśmy na słynnym Orlenie na Bielanach Wrocławskich, który o dziwo był pusty. A myśleliśmy że będzie zapełniony świrami wybierającymi się zimą autostopem do Barcelony :P . Stała tylko jedna osoba, z kartką „byle dalej”, która jak przyszliśmy akurat kogoś złapała, więc nawet nie pogadaliśmy sobie. Po jakimś czasie, nie pamiętam jakim, ale mieliśmy dobry humor, więc chyba krótko czekaliśmy (może 20min) złapaliśmy stopa na Zgorzelec. Kierowca, facet po 50-tce chyba, był ‘ciekawy’. Klął na wszystko praktycznie, ale rozmowa szła całkiem fajnie przez całą drogę. Na wysokości chyba Bolesławca staliśmy ponad godzinę na autostradzie, bo jakiś TIR się wypierniczył i stanął w poprzek blkując wszystko. Na całej autostradzie ograniczenie do 60, lód na powierzchni niemiłosierny. Dojechaliśmy do tego Zgorzelca, zapłaciliśmy gościowi po 1zł od osoby, taki przesąd, który wpiła mu do głowy jego babcia, żeby nie robić nic za darmo. Coś w tym jest… wymieniliśmy się numerami telefonu, mieliśmy informować go jak przebiega podróż, tak też zrobiliśmy. W Zgorzelcu  łapaliśmy na tym samym wjeździe jak wtedy gdy latem jechałem z Pączkiem na zamek Neuchwanstein . Trochę tam poczekaliśmy i z jakimś Niemcem dojechaliśmy do Bautzen. Niby Niemiec ale rozmawiał troche po polsku, troche po niemiecku, troche po angielsku, więc jeszcze nie najgorzej z komunikacją. Wysadził nas na jakiejś stacji benzynowej, tam po jakiś 15min złapaliśmy transport typu „kawałek prosto”, niemka w nowym fordzie mondeo (6cio biegowa skrzynia) ale totalnie nie szprechała po ludzku, więc… nie porozmawialiśmy za dużo, ale też za długo nie jechaliśmy. Heh, i tu dziura w pamięci z kim i gdzie jechaliśmy potem… xD no cóż… idąc dalej: w końcu jakoś wylądowaliśmy na małej stacji benzynowej ok. 40 km przed Chemnitz. Było już ciemno, mimo że dość wcześnie (16, 17?) Ubraliśmy kamizelkę odblaskową, by być bardziej widocznym i próbowaliśmy stopować na wjeździe na autostradę. Niestety po parunastu minutach przegoniła nas stamtąd policja, no żesz… że też nie miała gdzie i kiedy się pojawić… Wróciliśmy na stację, tam pytaliśmy się kierowców czy  jadą w nam odpowiadającym kierunku, ale nic nie udało się zdziałać. I tak spędziliśmy czas do chyba 19. Pora taka, że trzeba by noclegu szukać. Po drugiej stronie autostrady stał jakiś salon meblowy, no to co, idziemy, a nóż pozwolą nam się przekimać na magazynie. Niestety się nie udało. 8 chłopa w magazynie, a żaden nie mówił po ludzku! ;p Poszliśmy w stronę jakichś zabudowań, szukać czegokolwiek co by się nadawało jako miejsce do spania; szopy, garażu, domku altanki etc. Ta mała miejscowość, w którą weszliśmy nazywała się Siebenlehn. Wyglądała dość bajecznie, ze względu na niezliczone ilości śniegu, który zakrywał wszystko. Przy uliczkach zaspy sięgały prawie 1,5m, samochodów nie było widać w ogóle. Chyba jedynym niezasypanym obiektem była wieża ciśnień (śmiem tweirdzić iż to ze względu na jej wysokość… :P ). W pewnym momencie zaczęliśmy szukać kościoła – w kościele powinni pomóc i dać nocleg – raz mi się udało (we Włoszech) więc czemu by nie drugi. Spytaliśmy się jakieś spotkanej kobiety gdzie jest i jak dojść , no i trafiliśmy. Pukamy raz, nic, drugi, nic, już chcemy iść, gdy nagle wpadłem na pomysł by użyć dzwonka do drzwi :D – poskutkowało. Otworzył mężczyzna nieco przypominający Freddiego Mercury’ego. Pech chciał, że nie mówił po angielsku, arghh. No nic, jakimś cudem przedstawiłem mu naszą sytuację po niemiecku oraz przy pomocy niezastąpionej „mapy piktogramowej”. Powiedział, że nie ma problemu. Zaprosił do środka, otworzył drzwi do jakiejś salki, w niej stało ok. 20 krzeseł, 2 stoły, krzyż na ścianie. Tam spaliśmy. Kościelny, bo chyba możemy go tak nazwać (albo i nie?) zapytał czy chcemy jeść, podziękowaliśmy, bo nasze plecaki głównie wypełniało jedzenie (poza konserwami i pasztetami, gotowe obiady w słoikach i puszkach, makarony, ryże, czekolady – więc  z głodu podczas tego wyjazdu na pewno byśmy nie umarli). Aczkolwiek skorzystaliśmy z kuchni na tej plebanii i zrobiliśmy sobie kolację. Ciekawy motyw: w pokoiku, gdzie spaliśmy, na jednym z krzeseł leżał koszyczek, taki do zbierania na tacę na mszy. Patrzę, a tam leży 1zł, mówię do Pawła, że fajnie że wrzucił, a on na to, że to nie jego. No i zagadka – kto tu był kurcze przed nami :D . Zastanawiając się nad tym czy nocowali tu „nasi” poszliśmy spać koło 23. Tak w ogóle, to był to kościół luterański. Budziki nastawiliśmy na 6 rano, co by szybko ruszyć dalej…

Środa, 29.12.2010 – dzień 2

…ale jakoś nam to wstawanie średnio wyszło i wstaliśmy o 7:30 ;p W nocy było kurcze zimno. Obudziłem się z katarem (w sensie, że jeszcze większym niż miałem). Zrobiliśmy gorącą herbatę do termosów i w sumie bez śniadania podziękowaliśmy za nocleg, spisaliśmy adres co by wysłać pocztówkę lub coś innego jako formę podziękowania i ruszyliśmy dalej, na ten sam zjazd, z którego nas policja wygoniła. Po kilku minutach zatrzymał się nam Turek, który wiózł kebaby w lodówce na pace. Podrzucił nas do Chemnitz. Tam też straciliśmy jakieś 4h życia próbując złapać cokolwiek. „Trochę” zimno było,jak się potem w samochodzie okazało było -14C :D :D, stóp nie czuliśmy totalnie. Troche poprzeklinaliśmy na niemców któzy nie stawali (takim mięsem rzucaliśmy że Afryka do konca świata była by wykarmiona) ale nie ma tego złego… jak już jeden się zatrzymał to poszłooo! Nissan 4×4 z niemcem w skórzanych spodniach, bardzo sympatyczny i można było porozmawiać. Wysadził nas może jakieś 50km dalej na kolejnym „ausfarcie”, powiedział że za godzinę będzie jechał dalej, tylko musi wejść po dziewczyne, tak więc jak nic nie złapiemy to nas zabiorą, nie pamietam dokładnie gdzie jechali, chyba pod Erfurt… mniejsza o to. Po 5min złapaliśmy kolejny transport, zawsze to jakieś 30km do przodu, facet kolo 30stki, strasznie był zdziwiony naszym wyjazdem, wręcz nie potrafił w to uwierzyć, i wypytywał „ale jak” „ale czemu” i najlepsze – „czy ten wyjazd ma podłoże religijne”, ale rozmowa się kleiła – to podstawa :D . Wysadził nas na stacji, chciał nam dać 50euro na drogę, ale stwierdziliśmy że jednak głupio brać pieniądze od kogoś, poza tym bez pieniędzy podrózuje się o wiele lepiej, a poza poza tym – to i tak mieliśmy karty bankomatowe, więc kasa jak coś była. Stojąc przy wylocie ze stacji zatrzymał nam się Niemiec, który jechał do Zurychu! Generalnie to chcieliśmy początkowo wysiąść przy Helibronnie, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że Zurych w Szwajcarii też jest spoko i niedaleko od granicy francuskiej. Facet zachrzaniał po autostradzie cały czas 160-180km/h i w takim tempie dotarliśmy do Zurychu około 19? Może 20. Wysadził nas na stacji benzynowej w samym centrum. W ok. 4 godziny pokonaliśmy z nim jakieś 650km. Szkoda że praktycznie nic nie sobą nie rozmawialiśmy… :/ – ehh, te bariery językowe. Ale po samych gestach, mimice, i konsultacjach na mapie, mężczyzna wydawał się bardzo sympatyczny. W Zurychu nie musieliśmy czekać długo, po kilkunastu minutach zatrzymał nam się wielgachny biały Chevrolet Captiva! W środku 2 dziewczyny i chłopak, Hiszpanie. Młodsza Hiszpanka mówiła po angielsku, wiec potem była tłumaczem, miedzy nami, a jak się okazało jej siostrą – z początku myśleliśmy że to matka, albo ciocia, ups ;p.  Było całkiem zabawnie, rozmowa fajnie szła, dziewczyny bardzo przyjazne. Podrzuciły nas do Mullhouse – czyli witamy we Francji. Tam od razu zrobiliśmy rundkę po TIRach na parkingu, czy ktoś gdzieś, coś nie teges w stronę południa. Nie udało się. Pytaliśmy na stacji kierowców którzy podjeżdżali – też nic. Jeden kierowca ciężarówki jechał do Bilbao! Czyli 600km od Barcelony. A patrząc na mapę to na pewno jechałby przez Toulousę – czyli niecałe 400km od naszego celu. Mówimy mu, że dla nas to super, bo to potem bliziutko do Barcy, ale koleś tak zaczął kręcić, że nas tylko wkurzył ;] Po jakimś czasie przyjechał TIR z hiszpańską rejestracją. Od razu podbiegliśmy, kierowca wysiadał. Okazało się, że to Rosjanin. Pytam czy jedzie na Hiszpanię – tak, a na Barcelonę? – tak. A czy możemy sie z Panem zabrać? – Jasne, ale rano, o 6 będę jechał. Cóż za pozytywna wiadomość! Aby to uczcić zrobiliśmy sobie przerwę na coś ciepłego – czyli niezawodna kuchenka poszła w ruch (dla przypomnienia: kuchenka – puszka po konserwie z podziurawioną ścianą boczną + podpałka do grilla w białych kostkach jako źródło ognia) no i Paweł podpowiedział o patencie pana Cejrowskiego na to, żeby sadza na garnku się nie osadzała, którą potem ciężko zmyć – wystarczy posmarować garnek/rondel mydłem wokół i od spodu, i cała sadza się osiądzie na nim – a mydło pod wodą piknie schodzi :) Zjedliśmy, porobiliśmy foty, pokręciliśmy materiału filmowego i w pewnym momencie podszedł do nas jakiś koleś z plecakiem – nie było wątpliwości że Polak, i że zmierza do Barcelony. I tak poznaliśmy Jacka, a potem Kasię i Małgosię, które były w środku stacji, jechali we trójkę, już od poniedziałku, czyli dzień dłużej niż my. Tę noc spędziliśmy razem, rozwalając karimaty w środku stacji, między stanowiskiem z mapami, automatem do kawy a bankomatem :P Pracownik stacji nie pozwolił nam spać w pokoju dla matki z dzieckiem, ale po tym jak się rozłożyliśmy ot tak, na podłodze, widząc że się nie czepia, zostaliśmy tak do rana.

Czwartek, 30.12.2010 – dzień 3

Ok. 5:30 pobudka i poszliśmy czekać na naszego Rosjanina. Koło 6:30 ruszyliśmy. Koleś okazał się super. Mimo że my mówiliśmy po polsku, on po rusku – praktycznie cały czas bardzo dobrze się rozumieliśmy. Pierwsze pytanie jakie padło z jego strony jak wyruszyliśmy to „Koniak? Piwo?” no ale tak w trasie… jakąś świadomość umysłu trzeba zachować. W międzyczasie oglądaliśmy filmy u niego na lapku (z rosyjskim dubbingiem), słuchaliśmy jakiejś całkiem niezłej rosyjskiej muzy i spaliśmy (Kamil spał) Po przejechaniu ok. 200km śnieg się skończył, zawitała wiosna za oknami :D Widoki naprawdę przednie. Kierowca okazał się niezłym kozakiem, czy tam hardkorem, kretynem, jak tam kto woli, bo w teorii to kierowca tira w ciągu doby powinien przejechać jakieś 640km, czyli 4,5h jazdy, 1h przerwy, 4,5h jazdy i 9 lub 11h przerwy, bo są tachografy, mają ograniczenie do max. 90 km/h itp. My z naszym kierowcą od godziny 6 rano jechaliśmy do 21, po drodze zrobił 2 przerwy po godzince, i wcale nie jechał 90, tylko zachrzaniał momentami 120… a w międzyczasie szukał na komórce zdjęć i pokazywał nam jak rozwalił poprzedniego TIRa… – no comments :D Na CB dostał cynk że policji na granicy nie ma, po drodze też nie, więc stwierdził, że jedziemy do samej Barcelony a długą pauzę odłoży na później, jak dojedziemy na miejsce, bo chciał kolegę dogonić. I tak zrobiliśmy z nim ponad 1100km jednego dnia :D . W międzyczasie kupił nam i sobie po piwie, i prowadząc sobie popijał. Rosjanin jak to Rosjanin – fuck the system. Jak wysiedliśmy okazało się, że do samej Barcelony mamy jeszcze ok. 20km, zapytaliśmy o drogę, znaleźliśmy autobus i dojechaliśmy do samego centrum, wysiadając gdzieś „na oko”. Jako że byliśmy wyposażeni w mapę Barcelony, rozkład linii metra itp. Poradziliśmy sobie bez problemów, aby dostać się pod fontannę Font Magica, która była miejscem zbiórki nowo przybyłych autostopowiczów do Barcy. W międzyczasie cały czas pada deszcz :/ Tam spotkaliśmy pewną dziewczynę i chłopaka, których oczywiście imion nie zapamiętałem i razem udaliśmy się na stację metra, celem dojechania w miejsce, gdzie podobno miał być załatwiony jakiś nocleg. Spotkaliśmy tam paręnaście innych osób, parę minut później doszła dwójka znajomych Pawła również z Rudy Śląskiej (Gitara i Ryz) i czekaliśmy na jakieś wieści na temat noclegu. Generalnie to się nie doczekaliśmy i okazało się, że żadnej Sali gimnastycznej, szkoły etc do spania nie ma i od tego momentu każdy radzi sobie sam na własną rękę, hehe, tłum zawarczał, nastroje się niektórym popsuły, niektórych, w tym mnie, sytuacja rozbawiła. Od tej chwili staliśmy się bezdomnymi w wielkim mieście :D Rozdzieliliśmy się na jakieś 2 większe grupy. W składzie Ela, Lot, Ryz, Gitara, Piotrek, ja ruszyliśmy szukać jakiejś miejscówki do spania aż zaszliśmy na jakąś dzielnicę samych magazynów. (ja się tam czułem jak w GTA, tylko karabinu nie miałem… :Lot) Po jakimś czasie znaleźliśmy stację benzynową, zamkniętą już, gdzie pod jej zadaszeniem leżały jakieś biurka, wielkie dechy, szuflady, i inne takie meblo-podobne rzeczy. Chwila na zastanowienie co robimy, i 2 osoby zostały pilnować rzeczy, a 4 rozdzieliły się na pół i w różne strony ruszyliśmy w poszukiwaniu lepszego miejsca aniżeli ta stacja… Za jakieś 30 minut powróciliśmy niczego lepszego nie znajdując. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że Barcelona jest bardzo ale to bardzo dobrze przygotowana na takich jak my: tzn nigdzie się nie da wcisnąć, wszystko jest szczelnie pozamykane, czy to parkingi, czy klatki schodowe, no po prostu wszystko, lub jest na takim widoku, że i tak się nie da ‘zamelinować’. Zagadką wieczoru było chyba pytanie „Gdzie mieszkają tu bezdomni? Czy tacy w ogóle tu istnieją?” Zostaliśmy na tej stacji. Było już po północy. Zbudowaliśmy z tych ‘mebli’ fortecę i schowaliśmy się w niej, niektórzy na leżąco, niektórzy na siedząco, z plecakiem między nogami. Karimata pod tyłek i plecy i jakoś dało radę przeżyć tę noc. Grunt że było w miarę ciepło. Niezłą atrakcją tej nocy, która budziła wszystkich kilka razy były drzwi do magazynu tej stacji – takie niby niepozorne, duże, „żaluzjowe” z góry na dół, które co jakiś czas wydawały baaardzo donośny syk, a wręcz cholernie głośny (jak drzwi w autobusach czasami, tylko 100 razy głośniej ;d)…

Piątek, 31.12.2010 – dzień 4

To była ciężka noc, niewygodne i w ogóle, ale potem było tylko „ciekawiej”, nie użyję słowa „gorzej” bo przygoda była świetna! Wstaliśmy jakoś jak otwierali stację. Pracowniczka nieźle się przestraszyła gdy nas zobaczyła jak wstajemy zza tych mebli, ale nic nie powiedziała – tzn coś tam powiedziała po hiszpańsku, ale kto by to zrozumiał. Ona też nie zrozumiała pytania „Szprechen Zi po ludzku?” także ten… Udaliśmy się w stronę fontanny Font Magica. Ale póki co pusto, jeszcze prawie nikogo, może parę osób, było. Poszliśmy sobie pod jakieś schody – siedząc schroniliśmy się przed deszczem. I tak trochę czasu minęło. Potem skoczyliśmy na jakąś darmową wystawę – galerię sztuki właściwie, to czas nam fajnie minął na podziwianiu „artów” w stylu „WTF, co auto miał na myśli i co on wtedy brał”. Jak skończyliśmy zwiedzanie poszliśmy koło fontanny. Przestawało padać powooooli. Tam już trochu ludzi było ;d. Generalnie wszyscy Hiszpanie się patrzyli co tu się dzieje, że takie tłumy, wszyscy z plecakami i karimatami,  wręcz cały obóz rozbity. No i się zaczęło opowiadanie co, jak, kto, komu, gdzie, ile km, z kim, wymienianie się doświadczeniami, rewelacjami, porażkami,  numerami Tel, gg, buta, peselami i nie wiem czym jeszcze :D Takiej rozentuzjazmowanej watahy ludu to dawno nie widziałem! Miejsce w którym się znajdowaliśmy przepełniała pozytywna no i jakże zaraźliwa energia – mimo tego śniegu i mrozu po drodze, kto by teraz pamiętał o takich pierdołach nieistotnych :P … Font Magica – wielka fontanna, na której codziennie wieczorem odbywa się pokaz; gra wody, światła i muzyki razem tworzącej bardzo widowiskową całość – to miejsce naszej zbiórki, to tu czekaliśmy teraz wszyscy na wieści od Pawła – pewnego anonimowego organizatora imprezy :D Ale ten temat pominiemy dla wygody opowieści :) . To tu potem spaliśmy, jedliśmy i robiliśmy grupowe prawie 150-oosobowe zdjęcia (Zostało policzone dokładnie w miarę – było 170-180 osób !!!! :D :D). Jednym słowem ten teren był nasz przez najbliższe 2-3 dni. Dobrze, że ani razu policja nie przyszła, jeszcze by nas wygonili za jakieś nielegalne zgrupowanie i by było… Z ciekawostek minionej nocy: Z tego co słyszałem od innych, nie wiem ile, ale na pewno 60 jak nie więcej osób spało u pewnej Ivany, po tym jak się dowiedzieliśmy, że noclegu brak. Część spała u niej – w mieszkaniu, a część u niej …. Na dachu ;d. niestety skończyło się to tym, że jakaś zbyt troszcząca się sąsiadka wezwała policję, bo jej się nie spodobało że tyle osób jest na dachu :/ Ktoś tam spał na stacji metra, ale ochrona też wyganiała. Dworzec okazało się, że jest zamykany na noc, ale pod dworcem też spało wiele osób ;d. Ktoś tam spał na najwyższym piętrze w jakiejś klatce schodowej, to podobno rano ich obudziła jakaś starsza kobieta, która tam mieszkała i zaprosiła ich na śniadanie, i potem jeszcze wino z nią pili :) – więc jak widać, jedni mieli szczęście, a inni trochę mniejsze. Mijała  12 w południe, i w końcu zjawił się Paweł, z 2 czy 3 koszykami z supermarketu pełnymi jedzenia. W założeniu miało starczyć po trochu dla każdego – oczywiście tak nie było, jak można się domyslić. Ale mandarynki były całkiem niezłe. Stragany w Barcelonie są praktycznie całe pomarańczowe i świecą się z daleka od tych mandarynek. Poza jedzeniem, które zostało zakupione z pieniędzy ‘składkowych’ na nocleg itp. Paweł przyniósł jedną w miarę dobrą wiadomość – noclegu nie załatwił, ale udało się znaleźć „przechowalnię bagaży” w postaci „Towarzystwa Polsko-Katalońskiego w Barcelonie” czy jakoś tak brzmiała nazwa. Mogliśmy tam zostawić bagaże od dziś do jutra do godz. 12 – czyli na noc sylwestrową. Ok. 15 poszliśmy w te miejsce, kto chciał – bagaże zostawił, kto nie – no cóż…. Niektórzy potem bardzo tego żałowali :/ Oddaliśmy bagaże i ruszyliśmy na Park Guell i wzgórze na nim. Szło się długo, droga tam wyglądała hmmm świetnie. Podjechaliśmy metre parę stacji, a potem szliśmy wąskimi uliczkami prowadzącymi w stronę parku i wzgórza. Uliczki te były tak strome, że się dziwiłem jakicm cudem samochody tam jeszcze stoją, nawet na ręcznym! ;o Do tego co przecznicę były ruchome schody, każde otoczone zielenią, piękną zielenią.  „Wędrówka” pod górę trwałą długo, naprawdę dało się zmęczyć, nawet jeśli się miało niezłą kondycję. Najgorzej jakby komuś spadł spiwór i by się sturlał na dół…, ale oczywiście już ktoś na ten pomysł wpadł i niektórzy się tak bawili, na szczęście nikt nie musiał gonić za uciekającymi śpiworami. Gdy skończyła się ulica, skończyły sięchody i chodnik, doszliśmy do parku! Nareszcie… no to teraz jeszcze trochę pieszo żwirowymi serpentynami pod górę aby dojść na szczyt. A na szczycie? Gdzie jest krżyż!!!, gdzie jest krzyż!!!… TU jest krzyż – kamienne schodki prowadzące na „taras widokowy”, cały z kamienia, z kamiennym krzyżem po środku, a z niego rozciąga się widok na całą Barcelonę. Dosłownie. 360 stopni cudnego widoku na panoramę miasta, odległe wzgórza i morze. Widok zapierających „piech w dersiach” jak to mówią. Tam posiedzieliśmy trochę, skonsumowaliśmy zacne hiszpańskie trunki, i poszlśmy dalej. Trzeba było zejść jakby nie patrzeć. Po drodze „natknęliśmy się” na najdłuszą ławkę świata, tak, tą od Gaudiego, mozaikową serpentynę, liczącą 152m! *przerwa na kolejne wino i podziwianie panoramy Barcelony part II*. Potem zeszliśmy na dół podziwiając Salę Kolumnową – 86 kolumn wzorowanych na antyczne, z falistym dachem – którego gzymsem jest ławka na której byliśmy przed chwilą. I na sam koniec zejście schodami głównymi parku, które też przyozdobione są mozaiką i falistymi kształtami. Całość tworzy rewelacyjny widok. Nie potrafię tego opisać słowami – to trzeba zobaczyć! Koniec podziwiania, czas na zabawę! – czyli sylwester już niedługo więc trzeba się udać pod fontannę na zbiórkę. Tam trafiliśmy na pokaz fontanny, najpierw do utworu Don’t stop me now Queena, a potem do czegoś z muzyki klasycznej. Świetne widowisko. Paweł zakupił pełno winogron i szampana, więc po napstrykaniu miliona zdjęc grupowych z ok. 3847 aparatów fotoraficznych i prawie udanej próbie zrobienia żywego napisu „AUTOSTOP” ruszyliśmy na rynek! Wróć, nie ruszyliśmy, bo jeden z nas, pewnien anonimowy ktoś zaczął siać zamęt… a gadał mniej więcej coś takiego „Kto nie chce zostać okradziony, i nie mieć wyciętej nerki idąc na La Rambla na nowy rok, niech idzie z nami. Idziemy na wzgórze Guell, i tam będziemy tylko my, świetnie się bawić, bo reszta miasta będzie na rynku, i będziemy oglądać fajerwerki”. No i zamiast iść wielką „kupą ludu” na rynek, nastąpił podział na 2 grupy. No cóż, trudno. Jak się potem okaże – Torochę racji ten rebeliant (:P) miał.

Sama zabawa sylwestrowa była dosyć specyficzna, na rynku fakt faktem mnóstwo ludzi, człowieków i innych istot człeko podobnych. Specyfika tej iprezy poegała na tym że… było mnóstwo ludzi jak już wspominałem, którzy stali, pili soki, wino, piwo czy co tam mokrego mieli i… i tyle.. żadnej muzyki, żadnej sceny, ani punktu centralnego, jedynie my jako polacy się wykazywaliśmy. Biegaliśmy z flagą przez ten cały ogromny rynek, śpiewaliśmy, piliśmy, skakaliśmy i ogólnie byliśmy jedyną atrakcją wieczoru. W końcu podczas jednej z przeróżnych zabaw ktoś zaczął składać mi życzenia (Lot). Ani odlczania, ani fajerwerków… nagle całe tłumy ruszyły i poszły do domu… strasznie dziwne przywitanie nowego roku. Co kraj to obyczaj… po zabawie na rynku poszliśmy na plaże do reszty ekipy. To były jakieś 2 godziny szedłania i szukania plaży….  i te blazy na nogach… nie ogarniam tego pomysłu do dziś. Ale nie ma co, przynajmniej miasto zwiedzone. Po drodze spotykaliśmy dużo „Bambergów” z pytaniem „Brother, canabis?” (Lot: jako iż mam dredy to nie wiem czemu ale nie chcieli się ode mnie odczepic… jeszcze jak by coś w gratisie dali…)

Na plaży niektórzy się kąpali, niektórzy (jak ja, Kamil) umierali z powodu blaz i innych odcisko-podobnych zwyrodnień na stopach… – każdy krok sprawiał cholerny ból… Potem jakoś doczłogaliśmy się pod fontannę Font Magica i pośliśmy spać. A właściwie to nie… na miejscu okazało się, że doczepił się do naszej paczki jakiś pierd*lony  naćpany  Murzino-latino… To co ten koles odstawiał przekracza wszelkie pojęcie. Posłuchajcie…: Łaził pomiedzy naszymi śpiworami jakby ewidentnie chciał nas okraść, nawet zaglądał ludziom w buty. Oczywiście rozmowy z tym kolesiem niczego nie dały – był tak naćpany że nic do niego nie dochodziło. Poziom naszego wkurzenia był coraz wyższy, a ‘kolega-ćpun” wymyślał coraz to lepsze teksty – że jest ochroniarzem tutaj w parku, że nam nic nie zrobi,  tylko będzie pilnował do rana, i że wcale nie chce nas okraść. Jak go zaczęli straszyćże mu ostro wpierdzielą, to zaczął straszyć nas policją – i tak byliśmy na straconej pozycji, nic mu nie mogliśmy zrobić bo co? Sami tu sobie nielegalnie śpimy :D . otem zaczęła się jeszcze lepsza jazda… Koleś zdjął buty i wpakował się w ten basenik przy mostku. Wchodził pod mostek mówiąc że coś tu zostawił, i musi to znaleźć… Potem twierdził, że szuka swoich narkotyków. No żesz co za zjeb się nam trafił tej nocy… – i tak generalnie przez chyba ponad godzinę nie zasnąłem z powodu tego idioty – podobnie jak ok. 15 może więcej innych osób. Farta mieli Ci którzy mocno spali, i potem całą tę historię z „naćpanym Marokańczykiem” słyszeli rano od nas. Marokańczyk na szczęście odpuścił  w penym momencie i se poszedł… w końcu zasnąłem… Aczkolwiek część osó nei spałą nic, pełniąc dla bezpieczeństwa wartę.

Sobota, 1.01.2011 – dzień 5

„Spokojnie” i „wyspani” powstawaliśmy. Chyba 7-8 rano, do 10 chyba się wszyscy pozbierali. To była najfajniejsza noc w sumie – bo najcieplejsza, wygodna i w ogóle hej, jak na panujące warunki (no poza tą jazdą z ćpunem…) Po śniadaniu, prysznicu, „porannej kawce” koło 11 udaliśmy się odebrac bagaże z naszej „przechowalni”. Czekając nań, jako że było nas tam wielu, a dla niektórych był to już ostatni dzień barcelońskiej przygody. Niektórzy uciekli na trasę, my zwiedzaliśmy. Wraz z Martą, Kingą, Gitarom i Ryzem odwiedziliśmy wszystkie najważniejsze punkty na starym mieście, tak jak w przewodniku było to opisane. Dziękujemy Martynie, studentce Architektury Wnętrz i pasjonatce stylu Gaudiego za piękne i szczegółowe opisy niektórych obiektów :D . Później niektórzy postanowili poszaleć… – z Martą i Martyną poszliśmy zjeść coś ciekawego – stanęło na kalmarach, krewetkach nóżkach ośmiornicy i małżach – a to wszystko z ryżem i sosem i warzywami – mmmm deliszys! :D No, a po zwiedzeniu wszystkiego, gdy zapadł zmrok uświadomoliśmy sobie że zostawiliśmy bagaże wraz ze śpiworami, karimatami i co poniektórzy ze swetrami w przechowalni… tak więc zimna noc się szykuje. Ja (Lot) spałem z Ryzem, twarzą do siebie z nogą założoną na nogę, Ryz miał na plecach Gitare a ja Kinge a pod dupom sterta kartonów więc w sumie nie było zimno. Ale jak Ryza złapał skurcz to myślałem że mi noge urwie… byle ciepło… jeszcze jakiś Polak mieszkający w Barcelonie przyniósł nam kołdre i się zrobiły 3gwiazdki.

Niedziela, 2.01.2011 – dzień 6

… przebudziłem się o 5 rano (Kamil) , chyba 6 raz tej pięknej nocy, zimno nieziemsko z powodu mej złej strategicznie pozycji – po zewnętrznej, nawet kołderka nie pomogła ;d. „Ej, idziemy na dworzec, tam jest ciepło. Już 5, otworzyli go” – obudziłem resztę i pozbieraliśmy się. Pogłaskaliśmy Lucky’iego czyli pieska od Holendra, który dziś też spał „u nas” i pół-śpiący, pół-leżący w składzie 6-osobowym ruszyliśmy na dworzec. Ulice podejrzanie puste, zimno, deszcz na szczęście już nie padał. Na dworcu dokimaliśmy do 7 rano, czy jakoś tak, oczywiście był to pół-sen w pozycji siedzącej, bo trzeba było pilnować. Odebraliśmy plecaki z przechowani (ehhh, te 9 euro ;p) odświeżyliśmy się w toalecie, ja zaszalałem w McDonaldzie i jakoś potem rozpoczęliśmy misję „how to wydostać się z tego pieprzonego centrum” AKA „where the fuck is wylotówka na Francję?!” Chyba do 11 krążyliśmy metrem w  te i z powrotem, bo ilekroć się pytaliśmy różnych ludzi o wydostanie się na autostradę – każdy kierował nas gdzieś indziej i serio, na 1 stacji to byliśmy 3-krotnie. Ostatecznie dojechaliśmy na ostatni przystanek czerwonej linii metra (w 6 osób na 1 bilecie, w międzyczasie przeskakując przez bramki, wchodząc pod prąd i uciekając przed pracownikami metra) i pieszo ruszyliśmy w kierunku „autopisty” którą znaleźliśmy na planie miasta. Szliśmy pod taaaaaaaaaaką górę, że ja nie wiem jak te samochody tam ciągle stały na tym ręcznym :D , no ale w końcu doszliśmy na jakiś wjazd na drogę szybkiego ruchu w kierunku na Gironę. Tam się rozdzieliliśmy i widzieliśmy się po raz ostatni. Kinga+Marta, Ryz+Gitara i Ja+Lot rozpierzchliśmy się na odcinku kilometra i rozpoczęliśmy rytuał łapania stopa. Było samo południe. Chyba dopiero po godzinie ktoś nam się zatrzymał. Mężczyzna koło 40-stki, nie mówił po angielsku (cóż za zdziwienie! ;o) ale podrzucił nas czarnym kombikiem (chyba Ford Mondeo) paręnaście kilometrów. Droga wzdłuż wybrzeża, niebo bez chmur, piękne Słońce – aż korciło żeby wskoczyć do morza, które było 50m po prawej od nas… Miejscówka do łapania wydawała się idealna, zatoczka dla autobusu, my widoczni chyba z kilometra w tym miejscu, samochody jeździły dość wolno, bo tylko 1 pas był, drugi w remoncie, no cód miód i orzeszki… I w tym miodzie i orzeszkach staliśmy chyba prawie 2h, mimo przepustowości sięgającej jakieś 2000 samochodów na godzinę… no dobra, może mniej, ale w każdym razie w ch… dużo! :D Jeszcze my tacy śpiący, że stojąc zasypialiśmy, i trzeba było uważać żeby na ulicę się nie wytoczyć.  – Jeszczze nigdy nie zasypiałem łapiąc stopa… xD Lot w pewnym momencie skapitulował i z tekstem w stylu „ja jabieeeee, ida spać , chociaż na 5 minut” – oparł się o plecak i zasnął. W końcu się udało, jakiś młody ziom w dredach się nam zatrzymał. Po drodze nawet zadzwonił do kumpla, który często jeździ do Perpignan, czy może dziś nie jedzie i by nas nie wziął ale jednak już był tam, na miejscu. Na jednym ze skrzyżowań dosiadła się do nas jego przyjaciółka, z którą całkiem fajnie się rozmawiało, i , dotarliśmy na wjazd na autostradę. Tam po paru minutach zjawił się patrol autostrady i nas wygonił, nawet nie chcieli nas podwieźć kawałek dalej :/ – buce ;p Ale w tym miejscu nie dało rad nikogo złapać, jak próbowaliśmy przez rozwidleniem Barcelona/Girona, to zatrzymały nam się jakieś 4 samochody, ale wszyscy na Barcelonę jechali… No to z buta wróciliśmy się na drogę N-II – ta która leciała przy wybrzeżu. Ale tam też nikt nam się nie chciał zatrzymać. Pieszo szliśmy do przodu w międzyczasie łapiąc, i podziwiając cudne widoki, rewelacyjnie klimatyczną architekturę, wszędzie białe domki, z licznymi schodami, tarasikami, wąskimi przejściami, gdzieniegdzie rozwieszone pranie, bawiące się dzieci – po prostu extra klimat. Dzięki temu chociaż na chwilę mogliśmy zapomnieć o irytacji z powodu kierowców, którzy nie bardzo stawali ;p. Już minęła 18 a my ciągle idziemy do przodu, już widać piękny czerwony dekiel na horyzoncie, powoli robi się chłodniej, i w końcu ktoś nam się zatrzymał – jakaś młoda dziewczyna, której angielski był tak tragiczny, że wręcz go nie było xD (czy tylko w Polsce ludzie w szkołach uczą się języków obcych???) Prawie całą jazdę przespałem, Lot próbował rozmawiać na wszelkie możliwe języki, włączając w to migowy. Generalnie to średnio się zrozumieliśmy co do miejsca naszego „wyrzucenia”, mówiliśmy o parkingu dla Tirów, ale ja do niej (Lot) „Truck” a ona do mnie „Drugs?” … normalnie nie dało się. Jeszcze w aucie tak pachniało masdamerem do smarowania (Kamil jechał w laćkach:D) no nic…. xD (człowieniu, co się czepiasz moich stóp nie mytych od paru dni :D , ale fakt, dawało osssstro :/) Koniec trasy, ale wysadziła w samym centrum jakiegoś małego miasteczka i to nad morzem, gdzie wcale nie było nam to po drodze. Ale cóż, podziękowaliśmy, bo wypadało i ruszyliśmy dalej, po drodze zaopatrując się w wodę w jakimś lokalu – chyba jednym czynnym w tym mieście, mimo że była 19 dopiero o.O – ale to nowy rok, więc wszyscy mieli chyba sjestę. Szliśmy łapiąc jakieś 30-40 minut i w końcu nie wiadomo skąd, nagle na horyzoncie, ok. 200m dalej, trąbi nam jakiś samochód i macha ręką. Podbiegliśmy, i tylko pokazaliśmy kartkę z napisem „Girona”. Si. O jak pięknie, znowu radość, że nie jesteśmy w czarnej dupie jak to się mówi ;d, mężczyzna koło 50-tki, jakiś stary samochód, nawet mówił po angielsku. Nazywał się Raul. Okazało się że do Girony mieliśmy jeszcze jakieś 40km, heh, na tej jeździe skończyło się nasze łapanie stopa tego pięknego dnia – ok. 100km z Barcelony do Girony w …… 8h! Yeah, nowy rekord ;d Doszliśmy do centrum, po drodze rozglądając się za noclegiem, czyli znowu jakieś 20-30 minut na nogach, które z powodu odcisków nie dawały nam obu spokoju praktycznie od momentu dotarcia od Barcelony, a u mnie to jeszcze wcześniej. Także pod względem bólu stóp to ten koszmar trwał już 4 dni. Patrzymy… koło śmietnika leży wielki materac, normalnie z 5 osób by się zmieściło xD – decyzja została podjęta; jak nie znajdziemy kościoła etc, to wracamy się po ten materac i idziemy spać do parku, który mijaliśmy jakieś 500m wcześniej. Spytaliśmy się o drogę pewną parę, i poszliśmy do kościoła. Tam stoją jakieś 2 osoby (kobieta i mężczyzna). Pukamy do drzwi, otwierają. Rozmawiamy z jakimś panem, trochę po angielsku mówił, ale musieliśmy mówić powoli i wyraźnie i pomagać sobie rękami. I wtedy szok: „Nie, nie możemy Was tu przenocować. Porozmawiam z proboszczem, ale raczej nie. Aczkolwiek możemy wam dać jedzienie. I jeśli chcecie mogę przygotować Wam mapę do miejsca gdzie bardzo tanio dostaniecie nocleg”. Nie, dziękujemy, jedzenia mamy aż nadto, ale mapa, spoko, przyda się. Dziękujemy. I czekamy za drzwiami, wtedy ta kobieta co stała za nami, pyta się czy nam jakoś pomóc. Mówiła bardzo dobrze po angielsku (potem się okazało że jest z Argentyny, mieszka tu parę lat i uczy angielskiego w szkole). Powiedzieliśmy jej o co kaman, a ona na to, że jak chcemy może nas zaprowadzić do miejsca w którym za darmo dostaniemy spanie, a nawet 3 posiłki w ciagu dnia. W międzyczasie przyszedł znowu ten pan kościelny, i dał nam mapę, opisał trasę, i dorzucił caaaaałą reklamówkę jedzenia, mimo że nie chcieliśmy ;D – ale ok., miło, na pewno się nie zmarnuje. Podziękowaliśmy ładnie, i pokazaliśmy tę mapę tej kobiecie, aha, Kamila się nazywała. Ona zobaczyła co nam tam zaznaczył na tej mapie i się okazało że był to hostel, a ‘bardzo tani” nocleg tam, to jedyne 20E od osoby (a my do końca wyjazdu mieliśmy jeszcze jakieś 7E na dwoje :D ) Więc z Kamilą i jej ciemnoskórym towarzyszem ruszyliśmy do miejsca o tajemniczej nazwie „La Sopa”. Szliśmy przez stare miasto Girony, podziwiając zabytkową, nawet średniowieczną architekturę. Doszliśmy na miejsce, i teraz nie wiem jak to opisać, nawet Google mi nie potrafiły pomóc, wiec postaram się jakoś to zobrazować słowami: Towarzysz Kamili narysował nam mapę jak iść do tego schroniska, bo chyba to było schronisko. Mapa w stylu prosto, w prawo, prosto drugi zakręt w lewo. Staliśmy przed schodami w górę, po obu ich stronach były jakieś stare kamienne budynki. Droga do schroniska cały czas prowadziła po schodach w górę, były tam skrzyżowania tych schodów, jakieś odcinki płaskie, ale generalnie to cały czas pod górę. Kamila mówiła że mamy do pokonania jakieś 194 stopnie czy jakoś tak. Ale klimat tej dróżki po schodach był świetny: wąsko, po bokach wszędzie kamienne ściany, pergole od czasu do czasu nad głowami i bluszcze (?) wyglądające jakby rosły na elewacjach. Jak doszliśmy, stwierdziliśmy że jest to jakieś wzgórze a’la zamkowe. Na szczycie była tam katedra, ogrooooomna, której hmm nie widzieliśmy ;p, musiała się gdzieś schować, uciec na chwilę czy coś w ten deseń. W schronisku aż jedna osoba mówiła po angielsku, w ogóle: byli tam sami faceci, chyba z 40, średnia wieku jakieś 50 lat ;d Tam dostaliśmy łóżko, podziękowaliśmy za jedzenie, bo musieliśmy szamać zawartość reklamówki z kościoła. Wzięliśmy prysznic – poważnie! Taki prawdziwy, a nie w umywalce – ooo jakie cudne uczucie :D Zjedliśmy o poszliśmy nynać. Zasnąłem od razu, nie było innej opcji po tym dość męczącym dniu.

Poniedziałek, 3.01.2011 – dzień 7

O M G już 8 minęła! Mieliśmy od 30 minut być na trasie. Trzeba się zbierać. Przez rolety w oknach przegapiliśmy gdy robiło się jasno. Podziękowaliśmy za wszystko, oddaliśmy szynkę która nam została do ichniejszej kuchni, bo już nie potrafiliśmy jej zjeść, a nie chcieliśmy żeby się zepsuła. Po jakichś 40 minutach staliśmy już na wjeździe na drogę N-II w kierunku Francji. Jakiś czas łapaliśmy, i zatrzymał nam się samochód pokroju Fiat Doblo/ Peżo Partner itp. Nawet nie wiem ile km z nim zrobiliśmy ale chyba nie dużo, pamiętam, że wysadził nas przy zjeździe na drogę która prowadziła na Figueres i Perpignan. Tam postaliśmy w sumie niedługo, i zatrzymało nam się Audi A3, białe, 3-drzwiowe, całkiem nieźle :D . Zabraliśmy się z kolesiem, powiedział, że jedzie prawie do Figueres (dokładnie jechał do Castello d’Empuries). Jechał jakimiś bocznymi drogami, i w sumie to jechaliśmy z nim prawie 40 minut, a pokonaliśmy w linii prostej hmmm ok. 20 km ;d. Aha, no i on cały czas jechał tak ze 100km/h. Nie wiem, on zaginał czasoprzestrzeń w tył czy jak… Potem złapaliśmy dwóch kolesi dość młodych i nas podrzucili ok. 10km do Figueres, czyli w sumie spoko, kolejny mały punkt na trasie dalej. Ale w tym Figueres staliśmy nie wiem, 2, może 3h…. próbowaliśmy na wjeździe, na prostej, na parkingu… nosz kurde nic nie dało rady. Ruch był słaby na wjeździe, ale wszyscy jechali w kierunku nam potrzebnym, bo nie było innej opcji raczej. W kooońcu uratował nas…. Mercedes, mimo że wiadomo, że Mercedesy się nie zatrzymują na stopa. Ale temu można to było „wybaczyć” bo to był stary, ok. 20-letni model. Facet, prawie dziadek, o bardzo powolnych ruchach, widać nigdzie mu się nie spieszyło, jak całej reszcie – i to jest dobre podejście!, a nie jakiś wyścig szczurów bezsensowny :) Podwiózł nas na samą granicę, do miasteczka La Jonquera. Tma Se machnęliśmy zakupy w sklepie, który ku naszemu zaskoczeniu było bardzo tani, więc za 6 ojro nakupowaliśmy sobie jedzenia i picia do końca dnia i nocy i jeszcze nam zostało, no i zaszaleliśmy kupując Red bulla :O (jaka burżuazja!) Zjedliśmy ciasto (tak, też kupiliśmy ciasto xD) i ruszyliśmy, czy tma ja ruszyłem po kierowcach tirów się pytać. Pierwszy tir z brzegu – Polak. Podbijam i zagaduję, on mnie w ogóle pomylił z kimś innym, bo stwierdził, że już mnie wiózł w drodze do Barcelony. Jechał na Lyon, początkowo nie chciał nas zabrać ze względu na kary, jednego chciał wziąć, ale w końcu go jakoś przekonałem (ah, mój urok osobisty). Mówię, żeby chociaż do Montpellier nas podrzucił za granicę żeby się dostać nieco w głąb. „No to wskakujcie bo już od 2 minut powinienem jechać”. No i wypertraktowaliśmy z nim ten Lyon :D . Ruszyliśmy było chyba parę minut po 14. Przed nami 9h jazdy z przerwą. Bardzo fajnie się rozmawiało z naszym kierowcą, droga bez problemów, policji nie było na szczęście. Ok. 23/24 byliśmy pod Lyonem na parkingu strzeżonym. Zaparkowaliśmy i od razu zagadaliśmy do 2 polskich kierowców którzy stali obok, właściwie to oni przyszli do nas, zanim wyszliśmy z tira, bo byli znajomymi naszego kierowcy. Okazało się, że ruszają o 5 rano i jak coś to możemy z nimi jechać, a jechali na Niemcy. Na pytanie gdzie będziemy spać, powiedzieliśmy że na stacji, Ci na to żeby się nie wygłupiać, i że jak nic nie złapiemy żeby przyjść do nich i jakoś na fotelach i Łózkach się pomieścimy. I powiedzieli, żebyśmy przyszli razem z dwójką innych stopowiczów którzy są aktualnie na stacji, co by oni też nie marzli. I na stacji poznaliśmy Mańka i Anitę :) Stację właśnie zamykano – LOL – więc wróciliśmy do kierowców. Tam pożyczyli nam butlę z palnikiem, więc nacieszyliśmy się ciepłą kolacją. W międzyczasie przyjechały inne 2 polskie tiry, i oni też lecieli rano na Niemcy, więc Anita z Mańkiem mieli już załatwiony transport na północ, bo kierowcy okazali się bardzo fajni. Rozlokowaliśmy się w tirach, bagaże na pakę i spać.

Wtorek, 4.01.2011 – dzień 8

Pobudka po 5. Mimo, że było ciepło, to ciut niewygodnie, spałem na fotelu kierowcy, a jego aż tak mocno nie dało się odchylić jak fotelu pasażera, ale co tam :P , grunt że spaliśmy :D . Ruszyliśmy bez śniadania (aaaa po co…), ja z panem, który był już na emeryturze i dorabiał jako kierowca, a w wolnej chwili śmiga razem z synem na crossach, a zimą szaleje na nartach :D – i to jest to!. Mimo wieku da się, wystarczy chcieć. Podziwiam go, bo jak widzę innych w jego wieku, a nawet i młodszych, którzy nic nie robią poza pracą tylko siedzą przed telewizorem i narzekają jak to im jest źle i niedobrze, to mi się nóż w kieszeni otwiera… I tak jakoś na rozmowach o sportach ekstremalnych, rodzinie, pracy, przygodach i aktywnym wypoczynku, to wszystko przerywane moim spaniem… (no sorry, ja nie potrafie nie spać jak jestem niewyspany :/ Muszę mieć te 8h, lub i więcej czasami i jest z mi z tym głupio, ob. Zamiast rozmawiać z kierowcami, to śpię… -.- Nic na to nie poradzę.) zeszło ponad pół dnia. Dojechaliśmy w okolice miasta Saarbrucken w Niemczech. Oooojjj zimno, śnieg, nie ma nieba, szare chmury, buuu :/ Już we Francji nieco mocno „popizgiwało” arktycznym wiatrem, ponoć nawet było zaćmienie słońca, ale tam słońca nie było więc mogli kłamać ;d. Ze stacji na której przerwe robili sobie nasi nowi znajomi szukaliśmy transportu. Po jakiś 15min na wyjezdzie zebrał nas jakiś student, dziwne było strasznie to że niemiec i po angielsku mówił… niemcy zachodnie… różnica kolosalna. Wysadził nas może jakieś 10km dalej na wjeździe do miasta. Położenie fatalne, ale co pan zrobisz… łapać trzeba. I nawet poszło lepiej niż by się można spodziewać. Po 20min jechaliśmy dalej. Kolejny Niemiec mówiący w cywilizowanym języku. Przejechaliśmy z nim może 30km, wysadził nas na jakimś ausfarcie totalnie nie na drodze którą chcieliśmy jechac ani nie w te strone co do domu…

Na parkingu, było prawie pusto, kierowcy tirów spali, poza jednym, może dwoma, osobówek było może ze dwie. I właśnie jeden z tych kierowców ofiarował nam pomoc. Powiedział, że za 15 minut rusza i może nas podrzucić parę km, aż do zjazdu na Mainz. No ot poczekaliśmy ten kwadrans i zabraliśmy się z nim. Mimo że był nieźle po 40-tce to nawet nawet mówił po angielsku, wiec rozmowa przez tą krótką jazdę jakoś szła. Powiedział nam, że od zjazdu 7km dalej jest stacja benzynowa. Gdy dojechaliśmy kierowca zjechał na bok i wyskoczyliśmy na zjeździe na Mainz. Przeszliśmy ok. 200m stwierdzając że miejsce do łapania jest do pupy, w szczególności że było już ciemno a my znajdowaliśmy się na nieoświetlonej autostradzie. No to co, idziemy na tę stację benzynową te parę km. Idziemy sobie kulturalnie autostradą, z kamizelkami odblaskowymi, gdy nagle….. zauważyliśmy koguty za nami, fuck – policja :/. Dzięki Bogu oboje policjantów mówiło po angielsku więc się dogadaliśmy. Powiedzieliśmy, że wiemy, że po autostradzie się nie chodzi, że nigdy tego nie robimy, bo to niebezpieczne, ale że zmusiła nas do tego sytuacja, bo tak nas wyrzucił kierowca tira, i że chcieliśmy dojść ten 1 km do stacji benzynowej, bo kierowca nam powiedział że za 1km stacja jest – co oczywiście było ściemą, bo kierowca nam powiedział, że stacja jest za 7km, ale lepiej udawać głupiego przed policją… Oni na to, że stacja jest za 7km – tutaj nasze zdziwienie – „nie wiedzieliśmy! Kierowca tira powiedział że to 1km ;d. A mogą nas panowie podrzucić na te stację? Bo coś musimy teraz zrobić…” No i wpakowaliśmy się do radiowozu, przy okazji wzięli nasze dowody, coś tam posprawdzali w komputerze, poszukiwani nie byliśmy, więc było ok. Wysadzili nas za jakieś 2km na zjeździe na jakieś wioski. Na odchodne zapytali czy mamy kokainę, haszysz, lub marihuanę – nie nie, dzięki, mamy swoje – by się chciało odpowiedzieć :D . I nas zostawili. Ulokowaliśmy się na wjeździe, w sumie to na rondzie, i łapaliśmy, chcieliśmy mimo ciemności ogarniającej wszechświat jak najdalej tego dnia dojechać. A nocleg… „coś się wymyśli” albo „jakoś to będzie” :D Po parunastu minutach zatrzymała się żółta Fabia, młody ziomek lat 20-22 jechał do samego Mainz, czyli tam gdzie chcieliśmy się dostać. Nazywał się Simon, studiował chemię i matematykę w Mainz, codziennie dojeżdżając jakieś 20km na uczelnię. Ogólnie spoko koleś, bo przejechaliśmy z nim całe centrum, aby nas mógł wysadzić w miejscu wylotu na Frankfurt. Dał nam mapę na drogę :D – co prawda mapa samego Mainz, ale kto wie, może kiedyś się przyda. Były na niej zaznaczone wszystkie kościoły w i wokół Mainz, bo jego ojciec pracował w kościele i te mapy za darmo były. Podziękowaliśmy bardzo (jeszcze chciał nam dać kamizelkę odblaskową, ale pokazaliśmy mu że już mamy więc nie potrzebujemy ;d) i zaczęliśmy pisać na kartonie ‘Frankfurt”. Po paru minutach zatrzymało nam się białe BMW 5 coupe! :O WOW. Lecz niestety kierowca, jakiś kebab, tzn Turek chciałem powiedzieć ;d jechał tylko jakieś 5km dalej, i doszliśmy do wniosku że lepiej zostać tu, gdzie jest większy ruch. No i po paru następnych minutach zatrzymała się alfa Romeo. Kierowca zabrał nas so samego Frankfurtu! Był z Jugosławii i słuchał niezłej bollywood’zkiej muzy :D . Dogadaliśmy się z nim po polsku, więc było spoko. Wysadził nas na stacji benzynowej gdzieś w centrum, tzn w sumie takim obrzeżu centrum na szczęście. Na stacji oblookaliśmy mapę gdzie my jesteśmy i ruszyliśmy w stronę wlotu na autostradę. Szliśmy jakieś 30 minut, może więcej, ale nawet „szybko” zleciał ten czas. Po drodze, jakieś 300m od stacji benzynowej przy której był wjazd na interesującą nas autostradę A5, celem późniejszego dostania się na A4 która leci przez Erfurt do Polski, znaleźliśmy (jak  to dziwnie brzmi) 3 polskie tiry. Niestety kierowcy już spali (była 19, może 20). Doszliśmy do stacji, Tam postudiowaliśmy mapę; znajdowaliśmy się w dość niefajnym miejscu, bo ruch był mały, a stricte wjazd na te autostradę to kolejne 5km pieszo do pokonania… Decyzja: zostajemy na stacji. Tam poprosiliśmy o wrzątek do termosu i miły Turek nam dał go bez problemu, za free naturalnie. Pytaliśmy każdego kierowcę który przyjechał czy leci w stronę autostrady A5 i nikt, totalnie Nikt nie jechał w tamtą stronę… wszyscy miejscowi…. Ale ciekwe było to, że kogo byśmy nie zagadali to mówił po angielsku. Dosłownie wszyscy, a jak jechaliśmy DO Barcy, to żaden spotkany Niemiec nie spikał in inglisz, heh. Koło 22, może 23 podjęliśmy najbardziej dramatyczną decyzję tego wyjazdu: idziemy spać koło tamtych polskich tirów, będziemy na nich czekać, w nadziei, że wracają do kraju. Wróciliśmy się tam, okazało się, że nie ma tam ławek, to co widzieliśmy to były tylko takie betonowe klocki (ok. 1x1x1m). Odgarnęliśmy śnieg przy jednym takim klocku, położyliśmy karimaty, oparliśmy plecaki o klocka i wpakowaliśmy się w śpiwory owijając się folią NRC, próbując zasnąć w pozycji pół-siedzącej, będąc w jakimś parku, pod gołym niebem, przy temperaturze ok. -7 st. Te mniej lub bardziej inteligentne posunięcie pozostawimy bez komentarza. Powiem tyle: ta folia termiczna daje radę! Poważnie, nie było bardzo zimno, jedynie zimno było trochę w tyłek, ale cała reszta – spoko. Pół nocy nie spałem, ale to tylko z powodu mojego kaszlu i kataru. Po za tym czas tak się ciągnął niemiłosiernie, że nie wiem… Wydawało m księże powinna już być 3-4 rano, a to dopiero północ mijała O_O…

Środa, 5.01.2011 – dzień 9

To była ciężka noc… ale przetrwaliśmy, nie zamarzliśmy. Godzina 5 rano, jeden kierowca się obudził, zapalił światło. Wyczołgałem się z śpiwora i folii i uderzyło we mnie mróz, aaaała ;d. Podszedłem do kierowcy i się okazało, że nie jechali na Polskę tylko na Francję… Ale pozostał jeszcze trzeci tir, który nie jechał z nimi. Wróciłem do śpiwora, i czekaliśmy/próbowaliśmy zasnąć dalej. Ok. 6 rano i ten kierowca się obudził. W tym momencie nasza nadzieja prysła, on też jechał na Paryż. Po naszym stosunkowo głośnym i przeciągłym „k!@%aaaaaaa” zebraliśmy manatki i poszliśmy na stację benzynowa uzupełnić zapas wrzątku. Gdybyśmy wiedzieli to od początku to byśmy se nockę na stacji urządzili, ale nie chcieliśmy aby te tiry nam uciekły…. No ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Teraz już wiemy że śpiwory za ok. 30 zł (mejd In Tesco albo biedronka) i folia termiczna nawet jakoś się spisują przy ujemnej temperaturze xD. Na stacji już była inna zmiana, inni pracownicy i jak poprosiliśmy o wrzątek to kobieta stwierdziła, że musimy zapłacić. Yyyy, tak się bawić nie będziemy! Kumała po angielsku więc jej powiedziałem, że wczoraj dostaliśmy bez problemu, więc niech nie robi cyrków ;p. Coś tam poszwargotała po niemiecku do swoich (w sumie 3 pracowników było) i wzięła ten termos od nas. Dobrze że w porę krzyknąłem „no no no!!” bo mi chciała tam nalać wodę z kranu… -.-, no to jej pokazuję, że chcemy z tego automatu do kawy, skąd wrzątek leci, no to ta znowu, że zapłacić mamy… Jezusie, co za kobieta… W końcu nalali, ale po minach można było stwierdzić, że  byli bardzo niezadowoleni z tego, że pomogli ludziom w podróży. Wracając do trasy: ruch na tej stacji był tragiczny, a wjazd na autostradę taki bardziej od centrum, był jakieś 6km w stronę z której przyszliśmy. No nic, to się wracamy :D chyba dopiero o 8:30 doszliśmy, bo po drodze musieliśmy się przebić przez tory kolejowe, a przy okazji całą stację kolejową, której „wpław” nie dało się przejść, i musieliśmy robić wieeeelkie kółko, żeby to obejść. Ale za to widzieliśmy salon Ferrari! Naet Testarossa tam stało, i Maranello, i Enzo, i 2xF430 i parę innych modeli… – łezka w oku się kręci. Tak więc, 8:30 stoimy na wjeździe i próbujemy szczęście z kartonikiem „Erfurt”. Byliśmy w jakiejś dzielnicy przemysłowej, i ruch był nie za duży niestety…. W tym miejscu staliśmy tak długo, że już zaczęliśmy się zastanawiać nad opcją powrotu pociągiem… Pierw samochód który nam się zatrzymał, jak tylko wzięliśmy plecaki ruszył na pełnym gazie… a potem zatrzymał się Mercedes klasy E, ten nowszy,, chyab przedostatnia seria, ale nagle zaczął kierowcy dzwonić telefon i stwierdził, że nie nie nie, musze jechać. A jechał na Kassel…. Czyli całkiem spoko dla nas, przez pierwsze parędziesiąt km. Pociąg do Polski…. Hmm… ile on może kosztować… :D Po Bóg sam wie jakim czasie nadjechał ratunek. Uratował nas Niemiec, który specjalnie pojechał nie w swoją a w naszą stronę, żeby nas podwieźć na stację benzynową. Nadrobił jakieś 40km, gdyby nie on, to pewnie byśmy tam stali kolejne parę godzin… Na parkingu dla tirów na tej stacji od razu znaleźliśmy Polaka, który jechał do kraju i z chęcią nas wziął. Posiedzieliśmy z nim w tirze, i po 40 minutach ruszyliśmy. W ogóle to ziom miał 21 lat, rocznik 89 tak jak my. Jechało się z nim extra. Ja standardowo trochę spałem, ale Paweł nadrabiał w rozmowie, która się nie kończyła, cały czas jakieś tematy były ;D i tak przejechaliśmy z nim prawie 5h aż pod Chemnitz. W Chemnitz, się ugadaliśmy z nim, że jeśli nic nie złapiemy, co oczywiście nie wchodziło w rachubę, to za 9h jedziemy z nim na Polskę. Ale na szczęście poszło bardzo sprawnie. Po 5 minutach znaleźliśmy 2 polskich kierowców, którzy tirami jechali do Drezna, no to zabraliśmy się z nimi te 70km, czy jakoś tak. Okazało się, że już wieźli w drodze do Barcy polskich autostopowiczów. Wysiedliśmy na stacji benzynowej w Dreźnie i tam łapaliśmy ponad godzinę do ok. 17 chyba, aż tak nam palce odmarzły że poszliśmy posilić się do Burger Kinga, no i ściemniało się już. Tam pojedliśmy, umyliśmy się, zrobiliśmy sobie małą sjestę,  i się zrobiła godzina 19 ;d. Poszliśmy połapać jeszcze trochę na wylot ze stacji, z nastawieniem że w razie czego śpimy w Burgerze, i rano o 6, jedziemy z tymi samymi kierowcami, z którymi tu dojechaliśmy, ponieważ powiedzieli że żaden problem i możemy się zabrać jak coś. I spotkało nas szczęście, bo mimo przejeżdżających Polaków, którzy się nam nie zatrzymali (których serdecznie pozdrawiamy :P PP) po parunastu minutach stanął koleś który jechał do Zgorzelca. Wiózł na lawecie 2 samochody – albowiem zajmował się sprowadzaniem i handlowaniem samochodami. W Zgorzelcu zjedliśmy kolację i …. Ruszyliśmy dalej, aż do samego domu! Jupi-ja-jej :D On jechał do Starachowic (Lot: ja nawet wiem który zółty dom w Starachowicach jest od niego bo tam bywam!), nie był zmęczony, wiec stwierdził że nie śpi tutaj, tylko dojedzie, no i nas podrzuci przy okazji. Z tym kierowcą najlepiej ze wszystkich nam się rozmawiało. Po prostu nie było chwili przerwy, tak pozytywny facet  że hej :D . Gdzieś koło 23 zacząłem już przysypiać, (heh, ale nowość ;d) i kojarzyłem piąte przez dziesiąte, aż ostatecznie zasnąłem… Kamil sobie smacznie spał a ja z gościem ciągła nawijka… o zyciu, o śmierci i zasadniczo wszystkim, super koleś, tylko mi gardło wysiadało po nocce we Frankfurcie, tak że koło północy totalnie straciłem głos. (Lot)

Czwartek, 6.01.2011 – dzień 10

….i się obudziłem przed Gliwicami. Już czwartek ;p – powrotu dzień piąty :D . Na zjeździe Ruda Śląska Wirek, czyli w miejscu w którym zaczynaliśmy nasz szalony wyjazd byliśmy ok. 0:30 (mimo podwójnej lawety i jego ograniczenia wg przepisów do 80 czy 90, cisnęliśmy cały czas 110). Wysiedliśmy, baaaaardzo dziękując i generalnie w tym momencie ‘historia” się kończy (po 84h powrotu :O), pożegnaliśmy się z Pawłem czymś w stylu „Zrobiliśmy to! Udało się :D ” i wielkim bananem na twarzy u nas obydwóch ruszyliśmy s trony swych domów. I co teraz?  Krótki odpoczynek w „wygodzie” i ciepełku, czas na opowiadanie jak było, obrobienie zdjęć i zmontowanie filmiku, tylko po to żeby w niedalekiej przyszłości znowu obrać sobie jakiś cel i przeżyć kolejną niezapomnianą przygodę.


Zredagował i napisał
Kamil Szyler
poprawki i dopełnienie tekstu
Paweł Lot
scenariusz:
samo życie

Posted in Bez kategorii | Comments (3)

Jedziemy pod krzyż! A Berlin przy okazji…

Luty 22nd, 2011
by Kamil

Coś będzie. niedługo mam nadzieje. Relacja nagrana. Prawie 1,5h gadania :D – czeka na transformację w wersję pisaną.

Posted in Bez kategorii | Comments (0)

Neuschwanstein sierpień 2010

Luty 22nd, 2011
by Kamil

ander konstrakszyn

Posted in Bez kategorii | Comments (0)

XIII Międzynarodowe Mistrzostwa Autostopowe – maj 2010

Luty 22nd, 2011
by Kamil

Majówka, dłuższy weekend, można by gdzieś pojechać. O, patrz, mistrzostwa autostopowe – jedziemy :D (ciekawostka: co roku w weekend majowy odbywają się minimum 3 imprezy autostopowe: MMA, Auto Stop Race z polibudy Wrocławskiej, Rajd Politechniki Śląskiej (Polibudapeszt, Poitaly, a raz był nawet rajd stopem AGH z tego co wiem)

Jak to z wszystkimi pomysłami bywa i z tym stało się tak, że na początku były „tuziny” chętnych, a potem się 80% ludzi wykruszyło. I zostały nas 4 osoby, Pączek & Kaja oraz Ja & Małgosia – i w takich drużynach postanowiliśmy pojechać.

Mistrzostwa Autostopowe są organizowane przez Klub Przygody który ma siedzibę w trójmieście, więc tam też trzeba było jakoś dotrzeć. Ok 580km – trasa w sam raz na autostopową rozgrzewkę na 1 dzień drogi…

Zapraszam do krótkiej relacji w wykonaniu Karoliny:

http://img64.imageshack.us/img64/5532/xiiimmacaravaningkopia.jpg - dzięki uprzejmości spotkanych po drodze redaktorów  podróżników :D

a ja to nieco, tyle ile pamiętam, rozbuduję.

Całą czwórką ruszyliśmy z tego samego miejsca: wjazdu na autostradę A4 w kierunku Katowic. Już po kilkunastu minutach udało nam się złapać „pierwszego stopa”. Kaja i Pączek nas wyprzedzili o parę minut. Jechaliśmy „łeb w łeb” . Raz się minęliśmy a część trasy pokonaliśmy nawet razem. Jak do tego doszło? Godzina ok 8.30 (z tego co widzę po zdjęciach) Stoimy sobie z Gosią i łapiemy na kartkę „prosto przed siebie” i nagle telefon od Pączka „Chodźcie szybko na parking który jest 100 m przed Wami, czekamy na Was. Jedziemy razem” Na miejscu zobaczyliśmy dużego starego VW Transportera :D Kierowcami byli… redaktorzy czasopisma „Caravanning Expert” (stąd też artykuł o nas ;d). Małżeństwo było przesympatyczne. Przejechaliśmy z nimi chyba ok 300 km, cały czas rozmawiając o podróżach i przygodach – oni tym swoim VW zrobili grubo ponad 1 milion km, przemierzyli całą Europę, chyba pół Azji i Bóg wie co jeszcze :D , a w międzyczasie pisali reportaże i artykuły na temat wszelkich miejsc w których byli, kultur jakich poznali etc. No i obiecali nam że napiszą o nas w ich czasopiśmie – jak widać, nie zawiedli :) .  Gdy wysiedliśmy strzeliliśmy pamiątkową fotę i ruszyliśmy dalej, znów osobno. Pamiętam że w pewnym momencie jechaliśmy z „łysym be-emką” :D , który stał w korku i się spytaliśmy czy jedzie w naszym kierunku. Generalnie dojechaliśmy w 10 godzin – z czego 2-3 to było stanie w korkach, więc pomijając to  -to czas jakby jechać „normalnie” swoim samochodem. Praktycznie wszyscy dotarliśmy na miejsce o tej samej godzinie -  koło 18-19. No może jakieś paręnaście minut czekaliśmy na Kaję & Michała. Nocleg u krewnych Gosi, trzeba się wyspać bo jutro ważny dzień ;d.

1.05.2010

Po śniadaniu udaliśmy się do  McDonald’sa co by się przebrać na mistrzostwa. Dlaczego? Dla uczestników którzy mają najlepszy strój przewidziane są nagrody! Podobnie jest nagroda za najlepsze zdjęcie z trasy, oprócz nagród głównych za „szybkość” dotarcia na miejsce. W Macu tłum – jak to w macu – jeszcze Sopot, to już w ogóle. Poszliśmy się przebrać. Pech chciał że był tylko 1 kibelek, w sensie że jedna kabina. Wpakowaliśmy się we 2. Ledwo jedna osoba się tam mieściła a co dopiero dwie. Okazało się, że zgubiłem spodnie od garnituru [!!!!!!!!11111oneoneone] (chyba gdzieś w trasie musiały, ehh) Mijają minuty, ludzi za drzwiami się pytają kiedy wyjdę, „już już” „jeszcze sekundka” i inne takie. Nawet sprzątaczka się dobijała. W końcu wyszedłem, tfu, wyszliśmy! Ja w marynarce i krawacie, Pączek w stylowym smokingu!, z muszką i melonikiem. Miny ludzi bezcenne. Dziewczyny też się przebrały (tylko wiadomo, w ich przypadku trwało to znacznie dłużej i kolejka do damskiej ubikacji sięgała za drugi zakręt :D ). Ale opłacało się czekać – panna młoda w białej sukni, z welonem i świadkowa w sukni wieczorowej – obie wyglądały rewelacyjnie. Wzbudziliśmy niezłą ciekawość u ludzi. Ruszyliśmy w stronę molo. Po drodze kościół – no to sesja zdjęciowa młodej pary przed kościołem. Najlepszy motyw? Kościół w środku był przygotowany  do autentycznego ślubu! Nie zastanawialiśmy się długo żeby tam wejść. Zebrało się jakieś 20 osób „widowni”. Gdy wychodziliśmy niektórzy składali gratulacje i życzyli szczęścia na nowej drodze życia… Doszliśmy w okolice molo spokojnym krokiem, Marsz Mendelssohna puszczany z komórki dopełniał weselnej atmosfery. Na miejscu odebraliśmy numerki startowe i koszulki i jako że mieliśmy jeszcze dużo czasu do startu ruszyliśmy w stronę mola. Nie udało się dojść, bo pierw nas dopadła pani fotograf z jakiejś gazety, a potem któreś radio, patron imprezy. Po wywiadzie, serii zdjęć, zrobiliśmy małą sesję zdjęciową na molo, w pewnym momencie jakiś koleś przyszedł i też chciał zdjęcie z panną młodą… :D .  Plan przebiegał zgodnie z planem – prawie wszyscy wierzyli, że ślub Michała i Karoliny to naprawdę. Do radia poszła taka wersja: wyjazd przedślubny autostopem do Pragi, po to, aby na miejscu odbyła się ceremonia. Rodzice mają dojechać do Pragi samochodami.  Jako że jeden z dziennikarzy był bardzo dociekliwy jak wygląda organizacja takiego ślubu za granicą, co z językiem itp itd – i na to jest dobra historyjka – ksiądz z liceum, dobry znajomy, wyjechał do Pragi i pomaga załatwić wszystkie formalności, a masz będzie polskojęzyczna. Bez wielu gości, praktycznie sama rodzina, kameralnie… Godzina 12:00 – po pokazach capoeiry i przemowie kogoś tam ważnego na scenie przyszedł czas na „uroczyste” odliczanie i…..  ruszyliśmy! Blisko 400 osób pędem przed siebie w kierunku kolei podmiejskiej, aby wydostać się z Sopotu na wylotówki w kierunku Pragi :D 750 km do celu  – praktycznie co parę minut spotykaliśmy/widzieliśmy inne drużyny, niektórzy ubrani „po ludzku” a niektórzy wzięli pod uwagę konkurs na najciekawszy strój, tak wiec były muminki, była BUKA (poważnie! ;o), stroje hawajskie, mafijne, kilka par młodych też się zdarzyło. Co do samej trasy: Powiedzmy że do Świecia nam szło jakoś w miarę, ale tam mieliśmy chyba ponad godzinę postoju.  I dalej też nie szło kolorowo… Tego dnia dotarliśmy z Gosią do Poznania – wraz z 6 innych uczestników – jechaliśmy jednym samochodem – dostawczym, bez siedzeń z tyłu, więc klimat był świetny :D A wracając parę godzin wstecz, w miejscu gdzie zatrzymał nam się ów transit (stacja benzynowa), byliśmy świadkiem dość niecodziennego zdarzenia – jechał autokar wycieczkowy, zatrzymał się na stacji, i „wypłynęło” z niego nieco ponad 20 osób – jak się okazało, kierowca zgarniał wszystkich łąpiących stopa po drodze :D . Wieczorem pogoda się spsuła, ok 22 w deszczu, zaprzestaliśmy łapania stopa (po jakichś 2h) i wezwaliśmy taksówkę do najbliższego motelu…. nie chciałem, ale… siła wyższa powiedzmy :)   Z nadzieją że z rana będzie nam lepiej szło, przed 7 ruszyliśmy dalej. Nic z tych rzeczy – tragedii ciąg dalszy. Przeszliśmy parę km z buta, nikt nam się nie zatzymał… Łapaliśmy idąc wzdłuż drogi – pobocze miało chyba z 50m szerokości :P . Potem na jakimś wjeździe na tę drogę – też nic, potem doszliśmy na.. na… nie pamiętam nazwy – takie Bielany Wrocławskie, ale w Poznaniu :P . I tam co? Spotkaliśmy ok 7 innych drużyn które podobnie jak my utknęły w Poznaniu. Irytacja Poznaniem sięgała zenitu… Zjedliśmy coś, pogadaliśmy z ludźmi, w międzyczasie łapiąc dalej, i NIC O_O. Dopiero koło godziny chyba 11 nam się udało. I to niestety metodą na bezczelnego, czyli gdy samochody stały na czerwonych światłach… Nie lubię tak robić, ale sytuacja była jaka była. Zabrała nas kobieta, któa sama jeździła stopem bardzo często, miała książeczkę autostopowicza, a z jej ciekawszych „osiągnięć” było złapanie walca :D i extremalna jazda 5km/h :D Potem jechaliśmy z bardzo sympatycznym starszym panem, aż do Wrocławia. Tam, na Bielanach, ja poszedłem po jedzenie a Gosia łapała. Stojąc przy kasie dostałem telefon o treści „Biegnij szybko, jedziemy do Kłodzka”. No to bieg i pojechaliśmy. Kierowca bardzo dobrze znał tereny Kotliny Kłodzkiej, i caaały czas nam opowiadał, to o górach tam, to o lasach, klasztorach, zamkach, murach obronnych, wieżach, zabytkach, o „toskanii Polski” – podobno latem wygląda tak samo jak ta we Włoszech. Aż żałuję, że nie zapisywałem na bieżąco tego co mówił, bo naprawdę ciekawe rzeczy o tych terenach. W Kłodzku w miarę szybko poszło i dostaliśmy się za granicę. Tam łapiąc na Hradec Kralove (dość długo) zatrzymał nam się Polak, który jechał do samej Pragi! Przesympatyczny kierowca – najlepszy jakiego spotkaliśmy, cały czas rozmawialiśmy, na wszelkie możliwe tematy, chyba tylko poza jednym – sygnet na jego palcu świadczył o tym że był księdzem, ale już nie jest. Cholernie chciałem poruszyć ten temat, ale z pewnych powodów tego nie zrobiłem. Dalej. Chyba się spodobaliśmy naszemu driverowi bo stwierdził że nas podrzuci na samą metę zawodów – czyli pole campingowe niedaleko centrum Pragi, po zachodniej stronie Wełtawy. O godzinie 17 byliśmy na miejscu. Dotarliśmy jako 99 drużyna :D . Kaja z Pączkiem byli już ok 12-13 na miejscu, miejsce coś koło 40. (w międzyczasie cały czas pada deszcz, pole campingowe przypomina niezłe bagno, ale to detal…) Tego wieczoru już nam się nic nie chcało, zmęczenie jednak wygrało. Ale zmobilizowaliśmy się żeby pojechać do centrum i tam spotkać się z Kają i Pączkiem. A na mieście lałooo i lałoooooo. Więc zaraz po spotkaniu wróciliśmy na camping. Prysznic i spać. Taki był plan. Z tym drugim nie wiele wyszło, bo całą noc lało, i nieco śpiwory mi i Pączkowi przemokły ob spaliśmy po zewnętrznej, w 4 osoby w 1 namiocie, plecaki w drugim…. Budziłem się w nocy tylko niezliczoną ilość razy. Poranek: Godz. 10:00 zbióóóórka. Wręczamy nagrody itp itd. Więc tak: ogólnie dotarło na miejsce nieco ponad 130 drużyn, jak widać część zrezygnowała po drodze, lub nie dotarła. Pierwsze dotarły 2 dziewczyny, które jechały przez Niemcy – a my tę opcję z góry odrzuciliśmy jako durny pomysł – i dojechały w mniej niż 10h… :D A jedna para dotarła na miejscu już w trakcie wręczania nagród – tym samym zdobywając tytuł „najwolniejszej” drużyny. Po nagrodach, zdjęciach grupowych (które nas jakoś ominęły nie wiem kurcze czemu ;d) poszliśmy na most Karola – i to by było na tyle ze zwiedzania Pragi… -.- nie było czasu na więcej. Powrót – część najbardziej dramatyczna.  Niektórym już się nie chciało wracać stopem z Pragi do kraju, więc zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem. Kupiliśmy grupowy bilet na 12 osób. Ok 14.30 ruszyliśmy w stronę granicy polsko-czeskiej. Jechaliśmy hmm 2-3 godziny? coś w ten deseń… Wysiadając mieliśmy jakieś paręnaście km do granicy. Żadnego autobusu nie było, więc znowu łapiemy stopa – 12 osób rozpierzchło się po drodze i hej do przodu! :) W 4 osoby złapaliśmy stopa w okolice Harrachova. Potem jakoś dostaliśmy się  do Szklarskiej Poręby. A tam wskoczyliśmy w PKS do Jeleniej Góry, żeby potem pojechać do Wrocka. Wyszło jakoś tak, że kaja i Pączek zostali za nami w tyle, przed granicą, a dosiedliśmy się do nich w Jeleniej Górze do autobusu do Wrocka. Tam czekanie na pociąg do Katowic który się spóźnił eeee yyy ponad godzinę czy coś w tym stylu i ostatecznie ok. godziny 4 rano byliśmy w Katowicach!  HURAAAAaaAaaaa……..Potem każdy swoim busem do domu i spać ;p.  Podliczmy: wyjechaliśmy z Pragi o 14 dnia poprzedniego = co daje 14 h powrotu – pociagiem, autostopem, autobusem i znów pociągiem …. – no comments – mogliśmy jednak wracać stopem, co by zajęło jakieś max 8 h… :D

Ale tak czy siak było superancko :D A kolejne mistrzostwa już za rok!

Posted in Bez kategorii | Comments (1)

Zimowy autostop podejście I – sylwek w Budapeszcie 2009

Luty 18th, 2011
by Kamil

Polak i Węgier dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki? – Jeśli tak to trzeba się o tym przekonać!

Występują:

- Gosia AKA Małgorzata

- Kaja AKA Karolina

- Chomik AKA Patryk

- Pączek AKA Michał

- ja AKA Kamil.

Ten sylwester miał być niezwykły. Takie było główne założenie. To nie miała być kolejna domówka o standardowym scenariuszu – jakim, to się można domyślić :P . I w gruncie rzeczy udało nam się i jesteśmy z siebie dumni. Dla jednych to była kolejna przygoda, a dla niektórych „pierwszy raz”. Tego sylwka na pewno nie zapomnę.

Problemem mogłoby się wydawać to, że jedziemy autostopem w pięć osób. Ale stwierdziliśmy, że nie ma rzeczy niemożliwych, więc spróbujemy łapać w konfiguracji 3+2 (Gosia Chomik i ja, i Karolina z Pączkiem). Zima? No i co z tego, ja się pytam, trzeba się tylko ubrać ciepło i tyle. Taka pierdółka nam nie przeszkodzi.

Akcja właściwa:

29.12.09

O 6.30 miałem mieć autobus jadący w nasze uprzednio umówione miejsce, z którego mieliśmy zaczynać łapanie stopa. Autobus nie przyjechał, więc już na to miejsce (skrzyżowanie w Mikołowie, koło stacji Orlen i Lotos) dojechałem autostopem – ot taka rozgrzewka z rana. Łapałem może jakieś 2 minuty. Na miejscu, czekałem na resztę. I gdy wszyscy się zebraliśmy do kupy, zaczęliśmy wyścig ‘kto pierwszy w Budapeszcie wygrywa” – konkurs bez nagród. Stanęliśmy w odstępie 50 m i zaczęło się. Tak jak przewidywaliśmy Karolina i Pączek złapali stopa pierwsi, bo ich było dwoje a nie troje, ale spoko. Nam w sumie po jakichś 30 minutach też się udało. Facet po 50-tce na oko, podrzucił nas parę km dalej, na zjazd na drogę na Wisłę. Bardzo przyjazny był ten facet, mówił, że zatrzymuję się każdemu kogo widzi, że potrzebuje pomocy – czemu kurcze takich ludzi jest tak mało? Heh. Wracając do tematu; przeszliśmy kawałeczek, dosłownie z 50 m żeby się ustawić i łapać dalej, i nawet do porządku kartki nie wyciągnęliśmy i zatrzymał nam się Land Rover Freelander z jakimś młodym kolesiem za kierownicą. Aha, zapomniałem wspomnieć: cały czas łapiemy z kartką z napisem „PROSTO” ;d – na polskie drogi chyba najlepsze. Po drodze minęliśmy Karolinę i Pączka stojących i łapiących dalej, ale potem dostaliśmy smsa od nich, że jadą na sam Cieszyn. Kolega z terenówki podwiózł nas pod Pawłowice, o ile dobrze pamiętam (nie robiłem na bieżąco notatek, tak jak w drodze do Rzymu, więc wszystko z pamięci niestety jest, ale postaram się skupić i nic nie pomieszać  ;d) i pasie do włączania się do ruchu, ale ze jakoś nie szło, poszliśmy jakieś 300m do przodu w kierunku stacji benzynowej. Tutaj minęli nas Kaja z Pączkiem machający z jakiegoś auta ;d. Nie minęło wiele czasu, w sumie może jakieś max 20 minut, i zatrzymał nam się autokar wycieczkowy :D . Cały pusty. Kierowca okazał się bardzo pozytywnym panem w średnim wieku. Fajnie się z nim gadało. Najlepszy jego tekst, to był, gdy rozmawiał przez telefon, z trenerem polskiej kadry judo; i mówi tam temu w słuchawce, że wiezie teraz studentów trzech, i się nas pyta co studiujemy, to mówimy, że architekturę i zarządzanie na AE, a ten na to panu w słuchawce, że 3 studentów, 2 z architektury, a trzeci pielęgnowanie ogródków, Lol. xD i tak Se nam czas zleciał na żartach i w ogóle. Wysadził nas na zjeździe na Cieszyn, bo on jechał do Wisły. I tutaj łapaliśmy długo trochę, łapaliśmy na 2 fronty – czyli i tych ze zjazdu i tych z głównej. I w końcu zatrzymał się nam jakiś pan lat koło 40, w samochodzie kombi. Zawiózł nas praktycznie do samego przejścia granicznego w Cieszynie (musieliśmy dojść jakieś 0,5km tylko) i o 9 byliśmy w Cieszynie, a może nawet przed 9 było. O tu się zaczęły schody. Po prawie 1,5h łapania stwierdziliśmy że się rozdzielamy, bo jednak we 3 ciężko to idzie, a lato to to nie jest, więc nie możemy sobie pozwolić na opóźnienia, bo tylko 1 dzień drogi przewidywaliśmy. Więc ja łapałem sam. I po paru minutach się udało. Było parę minut przed 11. Koleś jechał do Wiednia, przez Brno w Czechach, no to super, pojechałem z nim, mimo ze planowana trasa biegła przez Słowację (Cadcę, Zilinę, Triniec) i na Bratysławę, ale przez Olomuc i Brno wychodzi praktycznie na to samo, może parę km więcej, Kierowca, Artur, był kierowcą tira, ale teraz jechał swojej dziewczyny do Austrii. Fajnie się z nim gadało, poznałem trochę francuskiego rapu i w tej miłej atmosferze o godzinie 13 byliśmy pod Brnem i wysadził mnie na stacji benzynowej, obok IKEI. Tam popytałem się na parkingu ludzi kto gdzie i w ogóle, ale nikt nie jechał na Bratysław, wszyscy na Wiedeń :/, ale to wszyscy. Dużo czasu upłynęło zanim mi się udało, na wjeździe na autostradę mi się nie udało, więc wróciłem się na ten parking na stacji benzynowej, i się znowu pytałem ludzi stojących. I znalazłem Słowaka, który jechał lawetą z samochodem dostawczym na niej, który jechał do Bratysławy. Pomimo tego, że w ogóle nie umiałem się z nim dogadać, bo on umiał tylko słowacki i węgierski a ja angielski i trochę niemiecki to jakoś jednak się porozumieliśmy. Po 30 minutach ruszyliśmy, była 14.30 (w tym samym czasie dostałem smsa od Gosi Chomika że ugrzęśli pod Cacdą na Słowacji :o ). On miał postój, a że miał tachograf to i musiał czekać tą określoną ilość czasu by móc jechać dalej. Dobrze że miałem odtwarzacz MP3, to mi się nie nudziło po drodze. Pospałem też sobie przy okazji i jakoś dojechaliśmy pod Bratysławę. Wysiadłem na środku autostrady ;o, na węźle, gdzie się krzyżowały drogi, wjazdy, zjazdy, wiadukty itp. Itd. Musiałem iść pieszo dość spory kawałek (no może nie spory, ale jakieś paręnaście minut szybkim krokiem zeszło zanim znalazłem wjazd na autostradę w kierunku Budapesztu) i zauważyłem że na ten wjazd wjeżdża jakiś tir, więc szybko pobiegłem tam, żeby mi nie uciekł. I jupi, udało się. Jadę do samego Budapesztu! Była gdzieś godzina 16. Kierowca, Węgier, palił dużo – nie umiałem się z nim dogadać w ogóle, ale było i tak lepiej niż z tym kierowcą lawety. O 16.30 byłem 170 km od Budapesztu. W tym tirze też spałem ;p, no i tak koło 18.30 wysiadłem pod Budapesztem, też na środku autostrady. Kierowca tira pokazał mi w którą stronę jest centrum i powiedział, żebym spróbował jakiś autobus do centrum znaleźć. Przeszedłem ze 300 m, na drogę która biegła do centrum, były na niej światła, więc na nich próbowałem łapać coś, żeby ktokolwiek mnie gdziekolwiek bliżej podwiózł, bo podobno do centrum było z tego miejsca paręnaście km. Coś nie szło. W pewnym momencie, po paru minutach, przestałem łapać (schowałem magicznego palca z wyciągniętą ręką) i zacząłem się zastanawiać co dalej. I parę chwil później zatrzymał mi się jakiś samochód i otworzył mi drzwi od środka. No to wsiadłem (a nie łapałem w tym momencie jak już wspomniałem, facet sam się mi zatrzymał, bo widzał że stoję z wielkim plecakiem jak jakiś sierota :D ). Jakos się dogadaliśmy po niemiecku, to było dla mnie straszne xD ale dałem radę. Facet okazał się bardzo bardzo pomocny. Zawiózł mnie na zajezdnię autobusową, wysiedliśmy razem, poszedł ze mną do kasy i powiedział kobiecie w okienku że chcę 2 bilety, jeden na busa, drugi na metro, bo powiedziałem mu, że chcę dojechać na Ors Vezer Tere. Potem mnie zaprowadził do właściwego autobusu. Jak usiadłem to jeszcze pogadał z kierowcą po madziarskiemu, żeby mi ten kierowca pokazał gdzie mam wysiąść – po prostu przemiły człowiek. On wysiadł, autobus ruszył, miało być 14 przystanków, ale gdy zacząłem podziwiać Budapeszt, jak wygląda nocą, to się oczywiście potraciłem w liczeniu. Wszędzie się rozglądałem,  i w pewnym momencie jakaś kobieta coś do mnie po ichniemu zaczęła mówić ;d, nic jej nie rozumiałem, to powiedziałem tylko: „metro”. A ona, że mhm, i że 4 przystanki jeszcze, mi na palcach pokazała. Minęły 4 przystanki, ja chce wysiąść ale kierowca mi ręką pokazuje „halt” że jeszcze nie teraz. Coś z tą kobietą pogadał chwilę, i ona coś do mnie powiedziała, wywnioskowałem, że to miało być „aaa, trza było od razu mówić że na Ors Vezer Tere (OVT) chcesz jechać” ;d, Lol. Parę sekund później podszedł do mnie jakiś młody koleś, i się pyta „Can I help you?” Noo i nareszcie się potrafiłem dogadać :D . Wysiedliśmy na odpowiednim przystanku razem, ja się go pytam gdzie jest metro, to mówi żebym poszedł z nimi (bo był z kumplem) i razem wsiedliśmy do metra, i nawet wysiedliśmy na tym OVT i mi pokazali jak dojść na stację HEV – czyli zielonego pojęciu podmiejskiego – czyli miejsca naszej zbiórki, gdy wszyscy dotrą do celu. W przejściu podziemnym od razu rzucili się w oczy wszyscy cygańscy i inni murzyńscy handlarze, ich profesjonalne stosika z towarem rozłożonym na dywanach gorąco zachęcały do kupna. A wybór towarów był bardzo szeroki, zdarzało się, że jeden facet potrafił mieć rozłożone na tym dywanie/szmacie bajki na kasetach wideo, gry na pegzausa, łyżki, pokrywki do garnków, noże, radia, zegarki, zabawki i peruki sylwestrowe – i wszystko bez opakowań – ot tak Se leżało, jak przystało na „oryginalny towar z wiadomego pochodzenia” – no comments. Była godzina 19.10. Po paru minutach zauważyłem Karolinę i Pączka! Jupi ja jej :D są cali i zdrowi i wszyscy się cieszymy. W tym momencie praktycznie, dostałem smsa od Gosi, że złapali stopa do Budapesztu, więc będą za jakieś 1,5h. My w tym czasie poszliśmy do marketu obadać ceny madziarskie, kupiliśmy szampana celem uczczenia tego że udało nam się dojechać tu w 1 dzień. I tak nam czas zleciał na piciu, śpiewaniu, i głównie śpiewaniu. I o 21:20 przyszli Gosia z Chomikiem, też cali i zdrowi. Jako iż wszyscy byliśmy w komplecie udaliśmy się do pociągu w kierunku Mogyoród – teoretycznego miejsca naszego zamieszkania. (didaskalia: nocleg znaleźliśmy dzięki portalowi WWW.global-freeloaders.com , dwójka Węgrów Peter i Nikollet odpisali nam na nasze pytanie z prośbą o nocleg, że bez problemu mogą nas przenocować, tylko że w tym czasie będą w Miami, ale zostawią nam klucze do mieszkania u siostry Pitera – Lindy. Brzmiało nieprawdopodobnie, bo jak? Że obcy ludzie? Klucze zostawią? Co, wtf? No i jak się okazało żadna ściema to to nie była :D ) Gdy wysiedliśmy jakiś pan poświecił w nas latarką i rzucił tekstem „Are you from Poland?” Yes. „So come with me”. Był to ojciec od Lindy, mówił bardzo dobrze po angielsku. Oczywiście, jak każdy, mocno się zdziwił na wieść że przyjechaliśmy tu autostopem :D . Wytłumaczył nam, żebyśmy dawali znać o której wstajemy i o której będziemy wracać, żeby zdążyli psa zamknąć bo jest wielki i groźny (faktycznie taki był), dał nam klucz od domu i bramy i przekazał parę innych organizacyjnych i ważnych informacji. No a teraz najlepsze: udaliśmy się do mieszkania; był to domek jednorodzinny, na parterze mieszkała babcia Lindy i Pitera, a na piętrze Piter z żoną, a że oni są w juesej to całe piętro jest nasze i możemy ze wszystkiego korzystać, tak pisali we wcześniejszych mailach. Gdy weszliśmy do domu, kopary nam tak opadły  z zachwytu, że hej; mieszkanie było tak piękne. Ciężko opisać słowami, trzeba dać linki do zdjęć wnętrza ;D. Pierwsza Myśl jaka każdemu się nasunęła to „jakim cudem Ci ludzie zgodzili się, żeby ktoś zupełnie obcy tu zamieszkał na parę dni?!” – a to nie był koniec miłych niespodzianek. Jakieś pół godzinki po naszym rozpakowaniu do drzwi zapukał ojciec Lindy z „darami”: przyniósł nam 2 butelki wina (czerwone i białe) i reklamówkę pełną jedzenia xD. Tego dnia poszliśmy spać baardzo późno – za dużo pozytywnych wrażeń jak na 1 dzień  – a to i tak nie był koniec…

30.12.09

Ambitny plan wstania o 9 rano nam oczywiście nie wyszedł. Zanim się pozbieraliśmy do kupy by wyjść na miasto minęło sporo czasu. Tego ranka spotkała nas kolejna miła niespodzianka: babcia od Lindy przyniosła nam ciasteczka i kawę w termosie :D Bardzo ładnie podziękowaliśmy, i zebraliśmy się do wyjścia. Tutaj w skrócie: pogoda była niezbyt fajna, mgła taka, że Most Elżbiety był widoczny do niecałej połowy, drugiego brzegu Dunaju w ogóle nie było widać. Tego dnia zobaczyliśmy stadion narodowy, budynek parlamentu, Most Elżbiety, muzeum narodowe, do którego wstęp był ciut drogi, ale się szarpnęliśmy jednak na to, a po 40 minutach zwiedzania kazali nam się już wynosić, bo już zamykali… :/ Także może tylko połowę tego muzeum zobaczyliśmy. A wieczorem weszliśmy zobaczyć jak wygląda Opera Narodowa od środka i stwierdziliśmy że za wszystko co mamy nawet stać nas by było na bilety na koncert muzyki poważnej :D . A koło 19:00 byliśmy w Bazylice Św. Stefana. W sumie tyle zdążyliśmy zobaczyć. Ludzi w Budapeszcie pełno, oczywiście Polaków też – heh, nas to wszędzie pełno, mimo że w przewodniku pisali że zimą to tu jest pusto ;p

31.12.09

Hmm, 31.12 – podobno sylwester czy coś takiego, na ten dzień plan był podobno taki, że pójdziemy na Zamek królewski. Wstaliśmy o 9 rano ;o – szał ciał :D , o 13 byliśmy już w centrum, czyli czas całkiem dobry, zważając na lekkie problemy z zgraniem i wracanie się po termos, które zamiast 5 minut trwa 45, uciekające pociągi i inne takie rzeczy… Tego dnia jechaliśmy ‘kolejką’ która wjeżdżała na wzgórze zamkowe – kosztowało to duuuużo – wszyscy jednogłosnie stwierdziliśmy że ten wjazd był tak beznadziejny, że szkoda słów… No cóz, trudno. Zobaczyliśmy zamek i wszystko wokół (niestety tylko z zewnątrz), potem poszliśmy do Kośioła Św. Macieja, i na Basztę Rybacką. No i tutaj nastąpiło spotkanie z Niemcami… Retrospekcja: Jak szukaliśmy noclegu jeszcze przed wyjazdem, odpisała nam dwójka Niemców że jak jedziemy my do Pragi, to oni z chęcią się z nami spotkają, i spędzimy razem sylwestra. Jak się okazało że jedziemy do Budapesztu a nie Pragi to oni stwierdzili, że też pojadą do Budapesztu ;d. No i się znaleźliśmy i spotkaliśmy. Niestety rozmowa wyglądała kiepsko, mniej więcej w stylu ‘pytanie – odpowiedź „yes’ lub „no”  – no generalnie tak sztywno że nie wiem :/, cieżko się było dogadać mimo że to w sumei byli rówieśnicy, no i jeszcze nam proponowali kąpiele nago w basenach termalnych ;o – tu doszliśmy do wniosku że ten Sylwek razem to będzie lekka porażka i nie chcemy go razem spędzić. Rozstaliśmy się, niby umawiając się, że się zgadamy co do spotkania przed północą. Potem wróciliśmy do mieszkania, gdzieś koło 18 czy 19, żeby coś zjeść i przygotować się na nadejście nowego roku. No i hmm, teraz to się nie ma czym chwalić, bo: tak się jakoś pozbieraliśmy „szybko”, że spóźnialiśmy się na każdy pociąg, i ostatecznie wyszliśmy z domu na pociąg po godzinie 23, i wylądowaliśmy daleko przed centrum Budapesztu o godzinie 23:50 … Metro przestało jeździć o 23, a autobusów do centrum nie znaliśmy, nie wiedzieliśmy, które jadą gdzie, bo z tych ichniej szych rozkładów nie potrafiliśmy się prawie nic połapać ;d. Więc wsiedliśmy w pierwszy lepszy autobus w jakąkolwiek stronę, byleby nie zostać w tej „dziurze” o północy… No i tu jest właśnie punkt kulminacyjny wyjazdu: Budapeszt, 9 co do wielkości miasto w Europie, a my spędziliśmy sylwestra w autobusie… no kurna comments.

1.01.2010

Ale: nie byliśmy sami – autobus był prawie cały pełny <lol> – w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, czy to może nie jest jakaś tradycja – spędzanie sylwestra przez Węgrów w autobusie, albo wersja nr 2: w tym autobusie siedzą Ci Węgrowie którzy poumawiali się wcześniej z jakimiś Niemcami ale ostatecznie ich olali i teraz się chowają, żeby przypadkiem na nich nie trafić… xD Wracając do tematu: jechaliśmy jakieś pół godziny tym autobusem :D . W końcu wysiedliśmy gdzieś  w centrum. Było pół do 1 w nocy. Wszędzie już się walały tony pustych butelek po szampanach, niektórzy pijani szukali zaczepki, momentami było Doś niebezpiecznie ;o. A my sobie poszliśmy na Wyspę Małgorzaty, pieszo, wzdłuż Dunaju, a ciągle lał deszcz – lał, nie padał… :/ A nic nie jeździło, żeby do czegokolwiek wsiąść… Doszliśmy na jakimś bardzo długim czasie do przystanku tramwajowego, żeby wsiąść w tramwaj który miałby nas zawieźć na w/w wyspę.  Czekając na tramwaj przypierniczył się do nas jakiś narąbany Niemiec… lat ok. 40 (chodził w halówkach xD) i się zaczęła rozmowa i udawanie że nic nie rozumiemy po niemiecku, mimo że większość rozumieliśmy. Na szczęście tramwaj nadjechał szybko, więc się pożegnaliśmy z nowym „kolegą” i uciekliśmy od niego. Byliśmy caaaali przemoczeni, bardziej się już nie dało. Podczas jazdy okazało się że Wyspa Małgorzaty zniknęła, no normalnie jej nie było O_O, sprzedali na allegro albo co… No i doszliśmy do wniosku że zostaniemy w tym tramwaju  i będziemy jeździć w te i z powrotem, bo a) jest w nim ciepło, b) wysuszymy się chociaż trochę c) co mamy robić innego skoro powrót do domu jakimś pierwszym metrem szykuje się dopiero na 6 rano … Heh, i tak jeździliśmy przez 1,5 h … w końcu gdzieś wysiedliśmy, bo zgłodnieliśmy. Znaleźliśmy jakiegoś tureckiego Fast-fooda nieopodal i udaliśmy się w jego stronę. Tam, jako, że było jeszcze cieplej niż w tramwaju siedzieliśmy do samego rana, do 6, czyli jakieś 4 godziny. Było całkiem zabawnie,  jedzenie było całkiem niezłe, a i sprzedawcy byli bardzo mili i nie robili problemów, gdy Kaja zamówiła jedno, a przynieśli jej zupełnie co innego, tylko zrobili nowe. Rano wróciliśmy pierwszym metrem, potem pierwszym pociągiem,  w którym znowu zapłaciliśmy inna cenę za bilety do Mogyorodu – bo za każdym razem płaciliśmy inną kwotę o_O heh, nikt z nas tego nie zrozumiał… Gdzieś przed 7 rano byliśmy już w domu. Od razu poszliśmy spać. Wstaliśmy chyba ok. 12, może o 11, sesja zdjęciowa z budyniem w roli głównej i sesja nr 2 z damskimi ciuchami i makijażem, obiad i się zebraliśmy do zwiedzania ostatniej części Budapesztu która nam została: Cytadela i Wzgórze Gellerta. Po pozwiedzaniu poszliśmy do jakiejś małej restauracji, żeby w końcu zjeść coś węgierskiego :D Miejsca mało ale udało nam się usiąść w pięciu. Dostaliśmy menu które składało się z 9 dań, z czego jak się zdecydowaliśmy na coś konkretnego to przyszedł kelner i powiedział, że tylko 3 pierwsze dania są dostępne, bo z czymś tam mają problemy. Ok…, no to zamówiliśmy sobie po gulaszu węgierskim i piwie do tego, też podobno węgierskim. I tutaj motyw genialny… kelner wychodzi z lokalu i za parę minut wraca z chlebem tostowym, bo im brakło i musieli dokupić… Ten oto chleb znalazł się potem na naszym stoliku, było go jakieś hmm 2 takie kwadratowe kawałki i parę kromeczek z końcówki jakiegoś zwykłego białego chleba. Po przeliczeniu na PLN za te parę kawałków chleba zapłaciliśmy 16 zł xD, czy coś koło tego – a to i tak był najtańszy lokal jaki znaleźliśmy w centrum…. Piwo w proporcjach woda:piwo 3:1 nie było tragiczne, pijało się gorsze… No i po tym zebraliśmy się do domu, bo byliśmy umówieni na spotkanie z Lindą – ostatnie takie na chwilę dłużej, bo jutro już wyjazd. Tego właśnie dnia wracaliśmy na gapę do Mogyorodu, bo nie mieliśmy już w ogóle pieniędzy na bilet, nawet 1, a co dopiero 5… a dlaczego? Bo za ostatnei pieniądze kupiliśmy 2 wina Martini jako chociaż małe odwdzięczenie sięga wszystko. No i wracając bez biletu  mieliśmy takiego farta, że tam gdzie wysiadaliśmy to akurat do tego wagonu wchodził konduktor :D uff, ale cała jazda minęła nam w wielkim napięciu i patrzeniu się an otwierające drzwi czy konduktor nie wchodzi…. xD Po powrocie przebraliśmy się, zjedliśmy coś i poszliśmy do Lindy, do domu obok – domu jej rodziców. Wybór wina jako podziękowanie był jednak chybiony, bo rodzice Lindy mieli całą piwnicę pełną win… zonk ;p A wracając do Lindy, to akurat dzisiaj była w Budapeszcie, bo tak na co dzień to jest na studiach. Świetnie nam się rozmawiało, jedynym ograniczeniem to był zasób naszego słownictwa, bo jej angielski był rewelacyjny.. Już wiemy co nieco więcej o Lindzie, i jej rodzinie. Ona – studentka 5 roku prawa, na uczelni 200 km od Budapesztu. Jej brat Peter i jego żona Nikolett – oni są po prostu niemożliwi :D Zjeździli już pół świata, i podobno tylko za pieniądze które dostali na swoim  weselu. Byli w Egipcie, USA, Indiach, Chinach, i wielu innych miejscach no i najlepsze – byli rok w nowej Zelandii…. AAaAaAAaaaaa ale zazdroszczę xD – Nowa Zelandia – moje marzenie (kolejne na liście ;p). Teraz pojechali do Miami do USA, i mają zamiar wrócić za pół roku dopiero, bo Węgry i Budapeszt wg nich i Lindy nie nadaje się do mieszkania na stałe, dlatego generalnie większość ludzi mieszka poza granicami centrum, i wszystkie takie miasteczka typu Mogyoród i inne tworzą jedną wielką ciągłość z Budapesztem, granice się zacierają. Po prostu to jest jak jedno wielkie przedmieście domków jednorodzinnych. .Czas podczas rozmowy z Lindą bardzo szybko zleciał, nagle się zrobiła północ, a o 6 chcieliśmy wstać i wracać do domu. Więc zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęciu razem i się rozeszliśmy. Mimo, że Linda mówiła, żebyśmy nic tam nie sprzątali i wszystko zostawili i poszli już spać, to i tak posprzątaliśmy – dźwięk odkurzacza o 1 w nocy jest cudowny… Chyba dopiero po 2 się położyliśmy spać. I w ten sposób kolejny dzień pełen wrażeń dobiegł końca :D

2.01.01 POWRÓT

Pobudka z samego rana, o godzinie 6. 4h snu w zupełności wystarczyły – żart. Pozbieraliśmy się i pociągiem o godzinie 7.30 odjechaliśmy do centrum. Linda odprowadziła nas na peron, ostatnie pożegnanie i wielkie podziękowanie za wszystko i do zobaczenia w przyszłości. Na pytanie czy mamy bilet, skłamaliśmy że tak, bo prawda była taka, ze ostatnie pieniądze wydaliśmy na te 2 martini i zostało nam aż 20 HUF – wow ;p. Siedząc w ciopongu modliliśmy się żeby konduktor nie przyszedł, bo poprzedniego wieczora nam się tak udało. Ale jednak nie dziś; przyszedł, inny niż zwykle. Mówi po madziarsku coś, na szczęście po angielsku też umiał, więc mu powiedzieliśmy że nie mamy forintów, ale ze możemy euro zapłacić, że to nasz ostatni dzień, że właśnie wyjeżdżamy. A on an to co? Wzruszy rękami i Se poszedł :D , hehe – nie ma to jak mieć niezłego farta z samego  rana. Potem  przyszedł czas na metro, a sytuacja ciągle ta sama – biletów i pieniędzy brak. To postanowiliśmy skasowac stare bilety drugi raz (gardzi przy bramkach na szczęście nie zauważyli i się nam udało dojechać bez problemu metrem na obrzeże centrum). Teraz przyszedł czas na tramwaj – a pieniędzy jak nie było tak nie ma. Dojechaliśmy tramwajem na obrzeza Budapesztu. Przeszliśmy się jakieś 10 minut na przystanek i wsiedliśmy w autobus – tak, to już 4 środek komunikacji miejskiej którym tego ranka jechaliśmy na gapę. Wysiedliśmy na autostradzie (3 pasy + pas dla autobusów) i postanowiliśmy tu łapać. Nastąpiła mała zmiana składów: Ja Karolina i Michał, i Gosia z Chomikiem. Oni odeszli parę metrów dalej (paręset?) a my we trójkę zaczęliśmy próbować szczęścia. Była godzina 9 jak zaczęliśmy, czyli dość późno. Gdzieś po 40 minutach niepowodzeń postanowiliśmy się rozdzielić, Pączek poszedł przed siebie za zakręt, a ja z Karoliną zostaliśmy. Wiał niesamowity wiatr, było tak zimno, że szkoda gadać. A ja nie miałem nawet rękawiczek, bo je zgubiłem w którymś HEV-ie :/ Długo łapaliśmy, ale wkońcu się udało; koleś w fajnej czapce Fiatem Stillo kombi. Zrobiliśmy z nim jakieś 130 km w stronę Bratysławy. Mimo że mówił dobrze po angielsku, to nie rozmawialiśmy ze sobą. Wysadził nas na stacji benzynowej, na której panował dość duży ruch, więc mieliśmy nadzieję, że szybko kogoś złapiemy – nie :/ Tu też się męczyliśmy, a wiało jeszcze gorzej niż w Budapeszcie. Stiwerdziliśmy, że to wina tych wielkich wiatraków – to one produkują wiatr dla całego świata, o! Na stacji pytaliśmy się ludzi, łapaliśmy na wjeździe – i tu i tu bezskutecznie. Powróciliśmy do pytania ludzi, pod zadaszeniem stacji, bo tam nie wiało tak cholernie. No i nareszcie się udało – dość młode małżeństwo Czechów jadące do Bratysławy. Zabraliśmy się z nimi. Po drodze zboczyliśmy trochę żeby zobaczyć tamę, ale się okazało, że tamy nie ma, ba, nawet rzeki nie ma, GPS kazał skręcić w prawo, a tam było pole, więc olaliśmy to i pojechaliśmy do Bratysławy. Trochę porozmawialiśmy i potem państwo wysadzili nas na autostradzie lecącej przez centrum na Brno – wyglądało to tak samo jak ta autobana w Budapeszcie – też 3 pasy + pas dla autobusów. Tutaj wiało jeszcze gorzej!!! Musiałem Karolinę trzymać, żeby pod samochód nie wpadła :O. Łapaliśmy dłuuugo. (w ogóle to w filmie Eurotrip ta Bratysława wyglądała inaczej ;p) Po prawie godzinie łapania, stwierdziliśmy, że spróbujemy łapać bez kartki – i faktycznie chyba to pomogło, bo po paru minutach zatrzymało się nam niebieskie BMW [sic!] z trzema kolesiami młodymi w środku. Podrzucili nas jakieś 40 km, oni jechali na Malacky. Wysiedliśmy, na małej dróżce, która wchodziła potem na autostradę. Tam  doszliśmy do ronda, na którym mieliśmy zamiar łapać, a w sumie to nawet nie doszliśmy i już nam się ktoś zatrzymał. Czesi – chłopak i dziewczyna. Powiedzieli, że mogą nas wziąć, tylko że będzie niewygodnie – Looz blues, jesteśmy przyzwyczajeni do takich warunków. Dobrych parę minut zajęło im przepakowanie rzeczy z tyłu samochodu do bagażnika, i jeszcze wieźli pas z przodu :D . I z nimi dojechaliśmy pod Brno, na skrzyżowanie autostrad. Oni okazali się tacy mili, że zrobili parę km więcej i podrzucili nas na stację benzynową na autostradzie na Olomuc, tylko po to, żeby było nam łatwiej łapać dalej. Bardzo im podziękowaliśmy i się pożegnaliśmy. Stacja na której wysiedliśmy okazała się takim zadupiem że szkoda gadać. Dosłownie koniec świata, a nawet ciut dalej.2 samochody na godzinę, w porywach 3, śnieg i straszny wiatr nie napawały optymizmem. Aha, właśnie – śnieg – kurcze, wcześniej go nie było! Ehh, widać że zbliżamy się do Polski. Tu postanowiliśmy zjeść obiad – bram bory ;d –czyli że ziemniaki takie jakieś, bardzo dobre były. Pojedzeni zaczęliśmy łapać dalej. Tego dnia szczęście nam nie sprzyjało. Już zaczęło się ściemniać a my ciągle nikogo nie złapaliśmy. Wszyscy albo załadowani na maxa bagażami, albo z dziećmi. W końcu byliśmy tak podirytowani tym faktem że wymyśleliśmy taką oto teorię: że w sprzedaży są zestawy ‘antyautostopowe’ – polegają one na tym, że są to sztuczne dmuchane bagaże, tylko po to, żeby sprawiać wrażenie załadowanego samochodu, i że nie ma miejsca żeby kogoś wziąć. DO tego w zestawach są specjalne obciążniki, chyba żeliwne, które pakuje się do bagażnika, i dodatkowo „obciążają” zawieszenie, przez co samochód „przysiada” do ziemi. Dodatkowo można zakupić zestaw „mechanicznego dziecka” który wiernie naśladuje nie tylko wyglądem małe dziecko, ale także ruchami i zachowaniem (podziw dla twórców, ach ta technologia!). No i wiadomo – nikt z dzieckiem się nie zatrzyma autostopowiczom, a to że jest sztuczne to inna sprawa, Ludzie są niefajni i tyle ;p, a w szczególności Niemcy, chociaż potem o Niemcach zmieniliśmy zdanie. Stwierdziliśmy, że od teraz łapiemy tylko impotentów bez dzieci xD. Wracając do łapania: nie szło zupełnie na stacji, więc postanowiliśmy spróbowac łapać przy wjeździe na stację, praktycznie na samej autostradzie. I tutaj też pech w postaci policji po ok. 1 minucie łapania ;d – na szczęście skończyło się na tym, że powiedzieli nam żebyśmy tutaj nie łapali. Oni sobie pojechali, my wróciliśmy na stację. No i ciagle nic. I właśnie teraz, po parunastu minutach wydarzył się motyw stulecia. Stoimy z Kają czekając na jakiś samochód, i co widzą nasze oczy??? – Pączek idzie! LOL. Pączek widząc nas już z daleka się śmieje jak nic, my to samo. No po prostu takie zdziwienie, że trudno to opisać. Nie ma to jak się spotkać na końcu świata. Już prędzej byśmy się tych dwoje Niemców spodziewali, niż Pączka. Jak się okazało właśnie przeszedł parę km pieszo ;O.  Po tych śmiechach-hichach nastała chwila powagi – nam we dwójkę z Karoliną ciężko coś dziś złapać, Pączkowi samemu jeszcze gorzej z tego co widać ( a myśleliśmy że on już dawno w Polsce będzie skoro sam łapie), no to teraz we trójkę to będzie jeszcze gorzej. W Tym momencie u Karoliny zaczął się kryzys, i powoli panikowanie, że nie zdążymy wrócić na dziś wieczór. No nic, poddać na takim zadupiu się nie można, więc trza łapać dalej. I w końcu! Po jakichś 30 minutach udało się. Ale tak, że nam ciężko było uwierzyć – wzięła nas kobieta, która jechała sama, zrobiliśmy z nią jakieś 100km, pod sam Olomuc. Była bardzo miła. Mówiła co prawda tylko w tym języku którego się nie da słuchać, ale nie ma co narzekać ;d. Wysiedliśmy także na stacji benzynowej. Tutaj nie zeszło nam sporo czasu, ale nietajna/smutna sytuacja się zdarzyła. Patrzymy: Polacy, patrzymy dokładniej – 3 miejsa z tyłu wolne! To idę tam się spytać. W samochodzie została kobieta z przodu, bo facet poszedł do kasy. Pokazuję jej, żeby otwarła szybę, to faktycznie ja otwarła – aż na jakieś 5 cm, Lol. Już wiedziałem, że odp. Będzie negatywna, ale ze aż tak… Dialog wyglądał tak: „Dzień dobry, czy jadą państwo do Polski? – Tak, jedziemy. – A czy moglibyśmy się z Państwem zabrać, ja i koleżanka? – Nie, nie zabieramy autostopowiczów. (odpowiedziała bez chwili namysłu, mnie trochę zatkało i jedyne co powiedziałem, to z takim pięknym sztucznym uśmiechem „W  takim razie dziękuję za pomoc. Do widzenia”. Wróciłem się do stacji, do środka, i mówię na głos do Pączka „nie ma to jak piękne pocieszenie. Widzisz rodaków, którzy jadą do kraju, a Ci z tekstem, że nie możemy z nimi jechać bo nie zabierają autostopowiczów, ehhh” I właśnie w tym momencie przechodził obok mnie ten facet – kierowca tego samochodu, i się na mnie spojrzał – najwidoczniej zrozumiał szybko, że o nim mówiłem – i bardzo dobrze, miał to usłyszeć. Niech teraz idzie w ciemny kąt, odpokutować swe winy i przemyśleć te karygodne zachowanie. Wstyd. Polska to większe buraki niż Niemcy momentami :P . Ale na szczęście parę minut później Karolinie udało się złapać jakiegoś Czecha, który bez problemu wziął całą naszą trójkę. Ziom mówił dość dobrze po polsku, podwiózł nas pod samą Ostravę, czyli o krok od granicy praiwe. A przez całą jazdę słuchaliśmy czeskiego hip-hopu :D oł je, oł je. Świetna muza. Ale niektóre rymy w tym języku brzmią tak śmiesznie, że musiałem się powstrzymywać od śmiania na głos, żeby kierowcy się przykro nie zrobiło przypadkiem ;d. W ogóle było spoko ten koleś, jak mu powiedzieliśmy, że chcemy się jak najszybciej do Polski dostać, to nam zaproponował, że da nam pieniądze na pociąg. Odmówiliśmy – takiej opcji nie ma, dojedziemy na stopa. Wysiedliśmy na zjeździe z autostrady, strasznie do pupy on był. Stopień rozpaczy Karoliny ciągle wzrastał – teraz było już źle. W tym miejscu znowu się rozdzieliliśmy. Była gdzieś 19.30 na oko. My z Karoliną stanęliśmy na zjeździe na główną drogę, Pączek poszedł jakieś 100m dalej.  W sumie udało nam się dośćszybko kogoś zatrzymać – ale to chyba tylko dlatego, że machaliśmy tak, jakby się coś stało. Zatrzymało nam się małżeństwo Czechów, podrzucili nas do miasteczka Havirov. Tam stwierdziliśmy po paru minutach łapania, że to nic nie da, bo to praktycznie droga przez miasteczko szła, i to mało uczęszczana. Spytaliśmy się przechodniów czy jeździ tu jakiś autobus do Cieszyna, odesłały nas te kobiety do baru, twierdząc że tam ktoś po angielsku będzie mówił. I faktycznie, mówili, a nawet po polsku. Kelner wyciągnał skądś cały rozkład jazdy, i okazało się że mamy 7 minut do autobusu. Szybko spytaliśmy się o drogę i pobiegliśmy ku dworcowi autobusowemu. W międzyczasie w biegu, na prośbę Karoliny zadzwoniłem do mego taty, czy mógłby po nas przyjechać do Cieszyna.. Do autobusu weszliśmy jak już prawie odjeżdżał – i tutaj kolejny problem, bo nie mamy koron, a kierowca nie chce przyjąć euro ani złotówek, co za niefajny pan ;p. Karolina zaczęła się pytać ludzi w autobusie czy ktoś ma zamienić korony za euro. Jedna laska nic, druga miała tylko parę koron. W końcu Kaja na cały autobus z rozpaczą w głosie się spytała ‘czy ktoś tu mówi po polsku?” – w pierwszej chwili nic, cisza, ale za chwilę odezwał się jakiś pan. No i się udało, od dwóch różnych ludzi uzbierać te 56 koron, a jak chcieliśmy im dać kase za to, to tylko machnęli ręką – heh, znowu mieliśmy farta, ale głupio też nam było trochę. A kierowca burak ;p – mógł nas puścić za free, no i szczytem było to, że za plecaki musieliśmy też zapłacić, LOOL. No ale, w końcu dotarliśmy do Cieszyna. Zadzwoniliśmy do Pączka, był w Kauflandzie, powiedzieliśmy mu że my father po nas przyjedzie i doszliśmy do niego do tego Kauflandu. Po drodze spotkałem kumpelę ode mnie z grupy z wydziału :D , chwilę pogadaliśmy i się rozeszliśmy w swoje strony. Przed Kauflandem umyliśmy zęby w śniegu a potem zrobiliśmy małe zakupy, już za złotówki, i czekaliśmy na mojego tatę. I tu historia dobiega końca.  Tata przyjechał i pojechaliśmy do domu. W aucie wszyscy spaliśmy, poza tatą naturalnie, bo prowadził, to jemu nie wypadało spać. Mógłbym pisać jeszcze, bardziej szczegółowo, ale mi się nie chce. Pozdrawiam wszystkich którzy dotrwali do końca tej opowieści, relacji czy co to tam było! :) Może i jest to nudne, może nieskładne, ale starałem się :D

Zredagował Kamil Szyler.

Posted in Bez kategorii | Comments (0)