Sylwester w Barcelonie 2010, czyli kolejna autostopowa przygoda
„Krótka” relacja jak przebiegł 9-dniowy wyjazd Kamila, Pawła i misia do ciepłej, niezaśnieżonej Hiszpanii.
Hasła przewodnie wyjazdu:
1. Jakoś to będzie.
2. Coś się wymyśli.
I z takim nastawieniem ruszyliśmy!
http://pawellot.pl/barcelona/gallery/index.html – wszystkie foty na Lotowym serwerze
i ta opowieść również u niego: http://pawellot.pl/barcelona/
http://www.facebook.com/home.php?#!/album.php?aid=44463&id=100000244848010
http://www.facebook.com/album.php?aid=44575&id=100000244848010
Wtorek, 28.12.2010 – dzień 1
Pobudka o godzinie 5 rano, zbiórka na wjeździe na autostradę A4 o godzinie 6.10. Ciemno, zimno i jak na złość jak tylko zaczęliśmy „łapać” zaczął padać śnieg – ten niefajny, mokry który się lepi do wszystkiego, a fe… Dopiero po ok. 45 minutach ktoś nam się zatrzymał. Dojechaliśmy na węzeł Sośnicę, z którym nie mam najlepszych wspomnień pod względem autostopu. No ale okazało się, że nie było tak źle. Przeszliśmy pieszo kawałek węzła (CI co go znają, wiedzą jaki jest spory i że wygląda jak wielkie spaghetti) na miejsce dogodne do łapania i w sumie po jakichś kilkunastu minutach zatrzymał nam się jakiś dostawczak, jak się okazało na sam Wrocław, chłopacy jechali do pracy – pięknie. Jazda minęła całkiem szybko mimo wszędobylskiego śniegu, który nie szczędził nawet autostrady.
Ok. godziny 10, może trochę później byliśmy na słynnym Orlenie na Bielanach Wrocławskich, który o dziwo był pusty. A myśleliśmy że będzie zapełniony świrami wybierającymi się zimą autostopem do Barcelony
. Stała tylko jedna osoba, z kartką „byle dalej”, która jak przyszliśmy akurat kogoś złapała, więc nawet nie pogadaliśmy sobie. Po jakimś czasie, nie pamiętam jakim, ale mieliśmy dobry humor, więc chyba krótko czekaliśmy (może 20min) złapaliśmy stopa na Zgorzelec. Kierowca, facet po 50-tce chyba, był ‘ciekawy’. Klął na wszystko praktycznie, ale rozmowa szła całkiem fajnie przez całą drogę. Na wysokości chyba Bolesławca staliśmy ponad godzinę na autostradzie, bo jakiś TIR się wypierniczył i stanął w poprzek blkując wszystko. Na całej autostradzie ograniczenie do 60, lód na powierzchni niemiłosierny. Dojechaliśmy do tego Zgorzelca, zapłaciliśmy gościowi po 1zł od osoby, taki przesąd, który wpiła mu 
do głowy jego babcia, żeby nie robić nic za darmo. Coś w tym jest… wymieniliśmy się numerami telefonu, mieliśmy informować go jak przebiega podróż, tak też zrobiliśmy. W Zgorzelcu łapaliśmy na tym samym wjeździe jak wtedy gdy latem jechałem z Pączkiem na zamek Neuchwanstein . Trochę tam poczekaliśmy i z jakimś Niemcem dojechaliśmy do Bautzen. Niby Niemiec ale rozmawiał troche po polsku, troche po niemiecku, troche po angielsku, więc jeszcze nie najgorzej z komunikacją. Wysadził nas na jakiejś stacji benzynowej, tam po jakiś 15min złapaliśmy transport typu „kawałek prosto”, niemka w nowym fordzie mondeo (6cio biegowa skrzynia) ale totalnie nie szprechała po ludzku, więc… nie porozmawialiśmy za dużo, ale też za długo nie jechaliśmy. Heh, i tu dziura w pamięci z kim i gdzie jechaliśmy potem… xD no cóż… idąc dalej: w końcu jakoś wylądowaliśmy na małej stacji benzynowej ok. 40 km przed Chemnitz. Było już ciemno, mimo że dość wcześnie (16, 17?) Ubraliśmy kamizelkę odblaskową, by być bardziej widocznym i próbowaliśmy stopować na wjeździe na autostradę. Niestety po parunastu minutach przegoniła nas stamtąd policja, no żesz… że też nie miała gdzie i kiedy się pojawić… Wróciliśmy na stację, tam pytaliśmy się kierowców czy jadą w nam odpowiadającym kierunku, ale nic nie udało się zdziałać. I tak spędziliśmy czas do chyba 19. Pora taka, że trzeba by noclegu szukać. Po drugiej stronie autostrady stał jakiś salon meblowy, no to co, idziemy, a nóż pozwolą nam się przekimać na magazynie. Niestety się nie udało. 8 chłopa w magazynie, a żaden nie mówił po ludzku! ;p Poszliśmy w stronę jakichś zabudowań, szukać czegokolwiek co by się nadawało jako miejsce do spania; szopy, garażu, domku altanki etc. Ta mała miejscowość, w którą weszliśmy nazywała się Siebenlehn. Wyglądała dość bajecznie, ze względu na niezliczone ilości śniegu, który zakrywał wszystko. Przy uliczkach zaspy sięgały prawie 1,5m, samochodów nie było widać w ogóle. Chyba jedynym niezasypanym obiektem była wieża ciśnień (śmiem tweirdzić iż to ze względu na jej wysokość…
). W pewnym momencie zaczęliśmy szukać kościoła – w kościele powinni pomóc i dać nocleg – raz mi się udało (we Włoszech) więc czemu by nie drugi. Spytaliśmy się jakieś spotkanej kobiety gdzie jest i jak dojść , no i trafiliśmy. Pukamy raz, nic, drugi, nic, już chcemy iść, gdy nagle wpadłem na pomysł by użyć dzwonka do drzwi
– poskutkowało. Otworzył mężczyzna nieco przypominający Freddiego Mercury’ego. Pech chciał, że nie mówił po angielsku, arghh. No nic, jakimś cudem przedstawiłem mu naszą sytuację po niemiecku oraz przy pomocy niezastąpionej „mapy piktogramowej”. Powiedział, że nie ma problemu. Zaprosił do środka, otworzył drzwi do jakiejś salki, w niej stało ok. 20 krzeseł, 2 stoły, krzyż na ścianie. Tam spaliśmy. Kościelny, bo chyba możemy go tak nazwać (albo i nie?) zapytał czy chcemy jeść, podziękowaliśmy, bo nasze plecaki głównie wypełniało jedzenie (poza konserwami i pasztetami, gotowe obiady w słoikach i puszkach, makarony, ryże, czekolady – więc z głodu podczas tego wyjazdu na pewno byśmy nie umarli). Aczkolwiek skorzystaliśmy z kuchni na tej plebanii i zrobiliśmy sobie kolację. Ciekawy motyw: w pokoiku, gdzie spaliśmy, na jednym z krzeseł leżał koszyczek, taki do zbierania na tacę na mszy. Patrzę, a tam leży 1zł, mówię do Pawła, że fajnie że wrzucił, a on na to, że to nie jego. No i zagadka – kto tu był kurcze przed nami
. Zastanawiając się nad tym czy nocowali tu „nasi” poszliśmy spać koło 23. Tak w ogóle, to był to kościół luterański. Budziki nastawiliśmy na 6 rano, co by szybko ruszyć dalej….jpg)
Środa, 29.12.2010 – dzień 2
…ale jakoś nam to wstawanie średnio wyszło i wstaliśmy o 7:30 ;p W nocy było kurcze zimno. Obudziłem się z katarem (w sensie, że jeszcze większym niż miałem). Zrobiliśmy gorącą herbatę do termosów i w sumie bez śniadania podziękowaliśmy za nocleg, spisaliśmy adres co by wysłać pocztówkę lub coś innego jako formę podziękowania i ruszyliśmy dalej, na ten sam zjazd, z którego nas policja wygoniła. Po kilku minutach zatrzymał się nam Turek, który wiózł kebaby w lodówce na pace. Podrzucił nas do Chemnitz. Tam też straciliśmy jakieś 4h życia próbując złapać cokolwiek. „Trochę” zimno było,jak się
potem w samochodzie okazało było -14C
:D, stóp nie czuliśmy totalnie. Troche poprzeklinaliśmy na niemców któzy nie stawali (takim mięsem rzucaliśmy że Afryka do konca świata była by wykarmiona) ale nie ma tego złego… jak już jeden się zatrzymał to poszłooo! Nissan 4×4 z niemcem w skórzanych spodniach, bardzo sympatyczny i można było porozmawiać. Wysadził nas może jakieś 50km dalej na kolejnym „ausfarcie”, powiedział że za godzinę będzie jechał dalej, tylko musi wejść po dziewczyne, tak więc jak nic nie złapiemy to nas zabiorą, nie pamietam dokładnie gdzie jechali, chyba pod Erfurt… mniejsza o to. Po 5min złapaliśmy kolejny transport, zawsze to jakieś 30km do przodu, facet kolo 30stki, strasznie był zdziwiony naszym wyjazdem, wręcz nie potrafił w to uwierzyć, i wypytywał „ale jak” „ale czemu” i najlepsze – „czy ten wyjazd ma podłoże religijne”, ale rozmowa się kleiła – to podstawa
. Wysadził nas na stacji, chciał nam dać 50euro na drogę, ale stwierdziliśmy że jednak głupio brać pieniądze od kogoś, poza tym bez pieniędzy podrózuje się o wiele lepiej, a poza poza tym – to i tak mieliśmy karty bankomatowe, więc kasa jak coś była. Stojąc przy wylocie ze stacji zatrzymał nam się Niemiec, który jechał do
Zurychu! Generalnie to chcieliśmy początkowo wysiąść przy Helibronnie, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że Zurych w Szwajcarii też jest spoko i niedaleko od granicy francuskiej. Facet zachrzaniał po autostradzie cały czas 160-180km/h i w takim tempie dotarliśmy do Zurychu około 19? Może 20. Wysadził nas na stacji benzynowej w samym centrum. W ok. 4 godziny pokonaliśmy z nim jakieś 650km. Szkoda że praktycznie nic nie sobą nie rozmawialiśmy… :/ – ehh, te bariery językowe. Ale po samych gestach, mimice, i konsultacjach na mapie, mężczyzna wydawał się bardzo sympatyczny. W Zurychu nie musieliśmy czekać długo, po kilkunastu minutach zatrzymał nam się wielgachny biały Chevrolet Captiva! W środku 2 dziewczyny i chłopak, Hiszpanie. Młodsza Hiszpanka mówiła po angielsku, wiec potem była tłumaczem, miedzy nami, a jak się okazało jej siostrą – z początku myśleliśmy że to matka, albo ciocia, ups ;p. Było całkiem zabawnie, rozmowa fajnie szła, dziewczyny bardzo przyjazne. Podrzuciły nas do Mullhouse – czyli witamy we Francji. Tam od razu zrobiliśmy rundkę po TIRach na parkingu, czy ktoś gdzieś, coś nie teges w stronę południa. Nie udało się. Pytaliśmy na stacji kierowców którzy podjeżdżali – też nic. Jeden kierowca ciężarówki jechał do Bilbao! Czyli 600km od Barcelony. A patrząc na mapę to na pewno jechałby przez Toulousę – czyli niecałe 400km od naszego celu. Mówimy mu, że dla nas to super, bo to potem bliziutko do Barcy, ale koleś tak zaczął kręcić, że nas tylko wkurzył ;] Po jakimś czasie przyjechał TIR z hiszpańską rejestracją. Od razu podbiegliśmy, kierowca wysiadał. Okazało się, że to Rosjanin. Pytam czy jedzie na Hiszpanię – tak, a na Barcelonę? – tak. A czy możemy sie z Panem zabrać? – Jasne, ale rano, o 6 będę jechał. Cóż za pozytywna wiadomość! Aby to uczcić zrobiliśmy sobie przerwę na coś ciepłego – czyli niezawodna kuchenka poszła w ruch (dla przypomnienia: kuchenka –
puszka po konserwie z podziurawioną ścianą boczną + podpałka do grilla w białych kostkach jako źródło ognia) no i Paweł podpowiedział o patencie pana Cejrowskiego na to, żeby sadza na garnku się nie osadzała, którą potem ciężko zmyć – wystarczy posmarować garnek/rondel mydłem wokół i od spodu, i cała sadza się osiądzie na nim – a mydło pod wodą piknie schodzi
Zjedliśmy, porobiliśmy foty, pokręciliśmy materiału filmowego i w pewnym momencie podszedł do nas jakiś koleś z plecakiem – nie było wątpliwości że Polak, i że zmierza do Barcelony. I tak poznaliśmy Jacka, a potem Kasię i Małgosię, które były w środku stacji, jechali we trójkę, już od poniedziałku, czyli dzień dłużej niż my. Tę noc spędziliśmy razem, rozwalając karimaty w środku stacji, między stanowiskiem z mapami, automatem do kawy a bankomatem
Pracownik stacji nie pozwolił nam spać w pokoju dla matki z dzieckiem, ale po tym jak się rozłożyliśmy ot tak, na podłodze, widząc że się nie czepia, zostaliśmy tak do rana..jpg)
Czwartek, 30.12.2010 – dzień 3
Ok. 5:30 pobudka i poszliśmy czekać na naszego Rosjanina. Koło 6:30 ruszyliśmy. Koleś okazał się super. Mimo że my mówiliśmy po polsku, on po rusku – praktycznie cały czas bardzo dobrze się rozumieliśmy. Pierwsze pytanie jakie padło z jego strony jak wyruszyliśmy to „Koniak? Piwo?” no ale tak w trasie… jakąś świadomość umysłu trzeba zachować. W międzyczasie oglądaliśmy filmy u niego na lapku (z rosyjskim dubbingiem), słuchaliśmy jakiejś całkiem niezłej rosyjskiej muzy i spaliśmy (Kamil spał) Po przejechaniu ok. 200km śnieg się skończył, zawitała wiosna za oknami
Widoki naprawdę przednie. Kierowca okazał się niezłym kozakiem, czy tam hardkorem, kretynem, jak tam kto woli, bo w teorii to kierowca tira w ciągu doby powinien przejechać jakieś 640km, czyli 4,5h jazdy, 1h przerwy, 4,5h jazdy i 9 lub 11h przerwy, bo są tachografy, mają ograniczenie do max. 90 km/h itp. My z naszym kierowcą od
godziny 6 rano jechaliśmy do 21, po drodze zrobił 2 przerwy po godzince, i wcale nie jechał 90, tylko zachrzaniał momentami 120… a w międzyczasie szukał na komórce zdjęć i pokazywał nam jak rozwalił poprzedniego TIRa… – no comments
Na CB dostał cynk że policji na granicy nie ma, po drodze też nie, więc stwierdził, że jedziemy do samej Barcelony a długą pauzę odłoży na później, jak dojedziemy na miejsce, bo chciał kolegę dogonić. I tak zrobiliśmy z nim ponad 1100km jednego dnia
. W międzyczasie kupił nam i sobie po piwie, i prowadząc sobie popijał. Rosjanin jak to Rosjanin – fuck the system. Jak wysiedliśmy okazało się, że do samej Barcelony mamy jeszcze ok. 20km, zapytaliśmy o drogę, znaleźliśmy autobus i dojechaliśmy do samego centrum, wysiadając gdzieś „na oko”. Jako że byliśmy wyposażeni w mapę Barcelony, rozkład linii metra itp. Poradziliśmy sobie bez problemów, aby dostać się pod
fontannę Font Magica, która była miejscem zbiórki nowo przybyłych autostopowiczów do Barcy. W międzyczasie cały czas pada deszcz :/ Tam spotkaliśmy pewną dziewczynę i chłopaka, których oczywiście imion nie zapamiętałem i razem udaliśmy się na stację metra, celem dojechania w miejsce, gdzie podobno miał być załatwiony jakiś nocleg. Spotkaliśmy tam paręnaście innych osób, parę minut później doszła dwójka znajomych Pawła również z Rudy Śląskiej (Gitara i Ryz) i czekaliśmy na jakieś wieści na temat noclegu. Generalnie to się nie doczekaliśmy i okazało się, że żadnej Sali gimnastycznej, szkoły etc do spania nie ma i od tego momentu każdy radzi sobie sam na własną rękę, hehe, tłum zawarczał, nastroje się niektórym popsuły, niektórych, w tym mnie, sytuacja rozbawiła. Od tej chwili staliśmy się bezdomnymi w wielkim mieście
Rozdzieliliśmy się na jakieś 2 większe grupy. W składzie Ela, Lot, Ryz, Gitara, Piotrek, ja ruszyliśmy szukać jakiejś miejscówki do spania aż zaszliśmy na jakąś dzielnicę samych magazynów. (ja się tam czułem jak w GTA, tylko
karabinu nie miałem… :Lot) Po jakimś czasie znaleźliśmy stację benzynową, zamkniętą już, gdzie pod jej zadaszeniem leżały jakieś biurka, wielkie dechy, szuflady, i inne takie meblo-podobne rzeczy. Chwila na zastanowienie co robimy, i 2 osoby zostały pilnować rzeczy, a 4 rozdzieliły się na pół i w różne strony ruszyliśmy w poszukiwaniu lepszego miejsca aniżeli ta stacja… Za jakieś 30 minut powróciliśmy niczego lepszego nie znajdując. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że Barcelona jest bardzo ale to bardzo dobrze przygotowana na takich jak my: tzn nigdzie się nie da wcisnąć, wszystko jest szczelnie pozamykane, czy to parkingi, czy klatki schodowe, no po prostu wszystko, lub jest na takim widoku, że i tak się nie da ‘zamelinować’. Zagadką wieczoru było chyba pytanie „Gdzie mieszkają tu bezdomni? Czy tacy w ogóle tu istnieją?” Zostaliśmy na tej stacji. Było już po północy. Zbudowaliśmy z tych ‘mebli’ fortecę i schowaliśmy się w niej, niektórzy na leżąco, niektórzy na siedząco, z plecakiem między nogami. Karimata pod tyłek i plecy i jakoś dało radę przeżyć tę noc. Grunt że było w miarę ciepło. Niezłą atrakcją tej nocy, która budziła wszystkich kilka razy były drzwi do magazynu tej stacji – takie niby niepozorne, duże, „żaluzjowe” z góry na dół, które co jakiś czas wydawały baaardzo donośny syk, a wręcz cholernie głośny (jak drzwi w autobusach czasami, tylko 100 razy głośniej ;d)…
Piątek, 31.12.2010 – dzień 4
To była ciężka noc, niewygodne i w ogóle, ale potem było tylko „ciekawiej”, nie użyję słowa „gorzej” bo przygoda była świetna! Wstaliśmy jakoś jak otwierali stację. Pracowniczka nieźle się przestraszyła gdy nas zobaczyła jak wstajemy zza tych mebli, ale nic nie powiedziała – tzn coś tam powiedziała po hiszpańsku, ale kto by to zrozumiał. Ona też nie zrozumiała pytania „Szprechen Zi po ludzku?” także ten… Udaliśmy się w stronę fontanny Font Magica. Ale póki co pusto, jeszcze prawie nikogo, może parę osób, było. Poszliśmy sobie pod jakieś schody – siedząc schroniliśmy się przed deszczem. I tak trochę czasu minęło. Potem skoczyliśmy na jakąś darmową wystawę – galerię sztuki właściwie, to czas nam fajnie minął na podziwianiu „artów” w stylu „WTF, co auto miał na myśli i co on wtedy brał”. Jak skończyliśmy zwiedzanie poszliśmy koło fontanny. Przestawało padać powooooli. Tam już trochu ludzi było ;d. Generalnie wszyscy Hiszpanie się patrzyli co tu się dzieje, że takie tłumy, wszyscy z plecakami i karimatami, wręcz cały obóz rozbity. No i się zaczęło opowiadanie co, jak, kto, komu, gdzie, ile km, z kim, wymienianie się doświadczeniami, rewelacjami, porażkami, numerami Tel, gg, buta, peselami i nie wiem czym jeszcze
Takiej rozentuzjazmowanej watahy ludu to dawno nie widziałem! Miejsce w którym się znajdowaliśmy przepełniała pozytywna no i jakże zaraźliwa energia – mimo tego śniegu i mrozu po drodze, kto by teraz pamiętał o takich pierdołach nieistotnych
… Font Magica – wielka fontanna, na której codziennie wieczorem odbywa się pokaz; gra wody, światła i muzyki razem tworzącej bardzo widowiskową całość – to miejsce naszej zbiórki, to tu czekaliśmy teraz wszyscy na wieści od Pawła – pewnego anonimowego organizatora imprezy
Ale ten temat pominiemy dla wygody opowieści
. To tu potem spaliśmy, jedliśmy i robiliśmy grupowe prawie 150-oosobowe zdjęcia (Zostało policzone dokładnie w miarę – było 170-180 osób !!!!
:D). Jednym słowem ten teren był nasz przez najbliższe 2-3 dni. Dobrze, że ani razu
policja nie przyszła, jeszcze by nas wygonili za jakieś nielegalne zgrupowanie i by było… Z ciekawostek minionej nocy: Z tego co słyszałem od innych, nie wiem ile, ale na pewno 60 jak nie więcej osób spało u pewnej Ivany, po tym jak się dowiedzieliśmy, że noclegu brak. Część spała u niej – w mieszkaniu, a część u niej …. Na dachu ;d. niestety skończyło się to tym, że jakaś zbyt troszcząca się sąsiadka wezwała policję, bo jej się nie spodobało że tyle osób jest na dachu :/ Ktoś tam spał na stacji metra, ale ochrona też wyganiała. Dworzec okazało się, że jest zamykany na noc, ale pod dworcem też spało wiele osób ;d. Ktoś tam spał na najwyższym piętrze w jakiejś klatce schodowej, to podobno rano ich obudziła jakaś starsza kobieta, która tam mieszkała i zaprosiła ich na śniadanie, i potem jeszcze wino z nią pili
– więc jak widać, jedni mieli szczęście, a inni trochę mniejsze. Mijała 12 w południe, i w końcu zjawił się Paweł, z 2 czy 3 koszykami z supermarketu pełnymi jedzenia. W założeniu miało starczyć po trochu dla każdego – oczywiście tak nie było, jak można się domyslić. Ale mandarynki były całkiem niezłe. Stragany w Barcelonie są praktycznie całe pomarańczowe i świecą się z daleka od tych mandarynek. Poza jedzeniem, które zostało zakupione z pieniędzy ‘składkowych’ na nocleg itp. Paweł przyniósł jedną w miarę dobrą wiadomość – noclegu nie załatwił, ale udało się znaleźć „przechowalnię bagaży” w postaci „Towarzystwa Polsko-Katalońskiego w Barcelonie” czy jakoś tak brzmiała nazwa. Mogliśmy tam zostawić bagaże od dziś do jutra do godz. 12 – czyli na noc sylwestrową. Ok. 15 poszliśmy w te miejsce, kto chciał – bagaże zostawił, kto nie – no cóż…. Niektórzy potem bardzo tego żałowali :/ Oddaliśmy bagaże i ruszyliśmy na Park Guell i wzgórze na nim. Szło się długo, droga tam wyglądała hmmm świetnie. Podjechaliśmy metre parę stacji, a potem szliśmy wąskimi uliczkami prowadzącymi w stronę parku i wzgórza. Uliczki te były tak strome, że się dziwiłem jakicm cudem samochody tam jeszcze stoją, nawet na ręcznym! ;o Do tego co przecznicę były ruchome schody, każde otoczone zielenią, piękną zielenią. „Wędrówka” pod
górę trwałą długo, naprawdę dało się zmęczyć, nawet jeśli się miało niezłą kondycję. Najgorzej jakby komuś spadł spiwór i by się sturlał na dół…, ale oczywiście już ktoś na ten pomysł wpadł i niektórzy się tak bawili, na szczęście nikt nie musiał gonić za uciekającymi śpiworami. Gdy skończyła się ulica, skończyły sięchody i chodnik, doszliśmy do parku! Nareszcie… no to teraz jeszcze trochę pieszo żwirowymi serpentynami pod górę aby dojść na szczyt. A na szczycie? Gdzie jest krżyż!!!, gdzie jest krzyż!!!… TU jest krzyż – kamienne schodki prowadzące na „taras widokowy”, cały z kamienia, z kamiennym krzyżem po środku, a z niego rozciąga się widok na całą Barcelonę. Dosłownie. 360 stopni cudnego widoku na panoramę miasta, odległe wzgórza i morze. Widok
zapierających „piech w dersiach” jak to mówią. Tam posiedzieliśmy trochę, skonsumowaliśmy zacne hiszpańskie trunki, i poszlśmy dalej. Trzeba było zejść jakby nie patrzeć. Po drodze „natknęliśmy się” na najdłuszą ławkę świata, tak, tą od Gaudiego, mozaikową serpentynę, liczącą 152m! *przerwa na kolejne wino i podziwianie panoramy Barcelony part II*. Potem zeszliśmy na dół podziwiając Salę Kolumnową – 86 kolumn wzorowanych na antyczne, z falistym dachem – którego gzymsem jest ławka na której byliśmy przed chwilą. I na sam koniec zejście schodami głównymi parku, które też przyozdobione są mozaiką i falistymi kształtami. Całość tworzy rewelacyjny widok. Nie potrafię tego opisać słowami – to trzeba zobaczyć! Koniec podziwiania, czas na zabawę! – czyli sylwester już niedługo więc trzeba się udać pod fontannę na zbiórkę. Tam trafiliśmy na pokaz fontanny, najpierw do utworu Don’t stop me now Queena, a potem do czegoś z muzyki klasycznej. Świetne widowisko. Paweł zakupił pełno winogron i szampana, więc po napstrykaniu miliona zdjęc grupowych z ok. 3847 aparatów fotoraficznych i prawie udanej próbie zrobienia żywego napisu „AUTOSTOP” ruszyliśmy na rynek! Wróć, nie ruszyliśmy, bo
jeden z nas, pewnien anonimowy ktoś zaczął siać zamęt… a gadał mniej więcej coś takiego „Kto nie chce zostać okradziony, i nie mieć wyciętej nerki idąc na La Rambla na nowy rok, niech idzie z nami. Idziemy na wzgórze Guell, i tam będziemy tylko my, świetnie się bawić, bo reszta miasta będzie na rynku, i będziemy oglądać fajerwerki”. No i zamiast iść wielką „kupą ludu” na rynek, nastąpił podział na 2 grupy. No cóż, trudno. Jak się potem okaże – Torochę racji ten rebeliant (:P) miał.
Sama zabawa sylwestrowa była dosyć specyficzna, na rynku fakt faktem mnóstwo ludzi, człowieków i innych istot człeko podobnych. Specyfika tej iprezy poegała na tym że… było mnóstwo ludzi jak już wspominałem, którzy stali, pili soki, wino, piwo czy co tam mokrego mieli i… i tyle.. żadnej muzyki, żadnej sceny, ani punktu centralnego, jedynie my jako polacy się wykazywaliśmy. Biegaliśmy z flagą przez ten cały ogromny rynek, śpiewaliśmy, piliśmy, skakaliśmy i ogólnie byliśmy jedyną atrakcją wieczoru. W końcu podczas jednej z przeróżnych zabaw ktoś zaczął składać mi życzenia (Lot). Ani odlczania,
ani fajerwerków… nagle całe tłumy ruszyły i poszły do domu… strasznie dziwne przywitanie nowego roku. Co kraj to obyczaj… po zabawie na rynku poszliśmy na plaże do reszty ekipy. To były jakieś 2 godziny szedłania i szukania plaży…. i te blazy na nogach… nie ogarniam tego pomysłu do dziś. Ale nie ma co, przynajmniej miasto zwiedzone. Po drodze spotykaliśmy dużo „Bambergów” z pytaniem „Brother, canabis?” (Lot: jako iż mam dredy to nie wiem czemu ale nie chcieli się ode mnie odczepic… jeszcze jak by coś w gratisie dali…)
Na plaży niektórzy się kąpali, niektórzy (jak ja, Kamil) umierali z powodu blaz i innych odcisko-podobnych zwyrodnień na stopach… – każdy krok sprawiał cholerny ból… Potem jakoś doczłogaliśmy się pod fontannę Font Magica i pośliśmy spać. A właściwie to nie… na miejscu okazało się, że doczepił się do naszej paczki jakiś pierd*lony naćpany Murzino-latino… To co ten koles odstawiał przekracza wszelkie pojęcie. Posłuchajcie…: Łaził pomiedzy naszymi śpiworami jakby ewidentnie chciał nas okraść, nawet zaglądał ludziom w buty. Oczywiście rozmowy z tym kolesiem niczego nie dały – był tak naćpany że nic do niego nie dochodziło. Poziom naszego wkurzenia był coraz wyższy, a ‘kolega-ćpun” wymyślał coraz to lepsze teksty – że jest ochroniarzem tutaj w parku, że nam nic nie zrobi, tylko będzie pilnował do rana, i że wcale nie chce nas okraść. Jak go zaczęli straszyćże mu ostro wpierdzielą, to zaczął straszyć nas policją – i tak byliśmy na straconej pozycji, nic mu nie mogliśmy zrobić bo co? Sami tu sobie nielegalnie śpimy
. otem zaczęła się jeszcze lepsza jazda… Koleś zdjął buty i wpakował się w ten basenik przy mostku. Wchodził pod mostek mówiąc że coś tu zostawił, i musi to znaleźć… Potem twierdził, że szuka swoich narkotyków. No żesz co za zjeb się nam trafił tej nocy… – i tak generalnie przez chyba ponad godzinę nie zasnąłem z powodu tego idioty – podobnie jak ok. 15 może więcej innych osób. Farta mieli Ci którzy mocno spali, i potem całą tę historię z „naćpanym Marokańczykiem” słyszeli rano od nas. Marokańczyk na szczęście odpuścił w penym momencie i se poszedł… w końcu zasnąłem… Aczkolwiek część osó nei spałą nic, pełniąc dla bezpieczeństwa wartę.
Sobota, 1.01.2011 – dzień 5
„Spokojnie” i „wyspani” powstawaliśmy. Chyba 7-8 rano, do 10 chyba się wszyscy pozbierali. To była najfajniejsza noc w sumie – bo najcieplejsza, wygodna i w ogóle hej, jak na panujące warunki (no poza tą jazdą z ćpunem…) Po śniadaniu, prysznicu, „porannej kawce” koło 11 udaliśmy się odebrac bagaże z naszej
„przechowalni”. Czekając nań, jako że było nas tam wielu, a dla niektórych był to już ostatni dzień barcelońskiej przygody. Niektórzy uciekli na trasę, my zwiedzaliśmy. Wraz z Martą, Kingą, Gitarom i Ryzem odwiedziliśmy wszystkie najważniejsze punkty na starym mieście, tak jak w przewodniku było to opisane. Dziękujemy Martynie, studentce Architektury Wnętrz i pasjonatce stylu Gaudiego za piękne i szczegółowe opisy niektórych obiektów
. Później
niektórzy postanowili poszaleć… – z Martą i Martyną poszliśmy zjeść coś ciekawego – stanęło na kalmarach, krewetkach nóżkach ośmiornicy i małżach – a to wszystko z ryżem i sosem i warzywami – mmmm deliszys!
No, a po zwiedzeniu wszystkiego, gdy zapadł zmrok uświadomoliśmy sobie że zostawiliśmy bagaże wraz ze śpiworami, karimatami i co poniektórzy ze swetrami w przechowalni… tak więc zimna noc się szykuje. Ja (Lot) spałem z Ryzem, twarzą do siebie z nogą założoną na nogę, Ryz miał na plecach Gitare a ja Kinge a pod dupom sterta kartonów więc w sumie nie było zimno. Ale jak Ryza złapał skurcz to myślałem że mi noge urwie… byle ciepło… jeszcze jakiś Polak mieszkający w Barcelonie przyniósł nam kołdre i się zrobiły 3gwiazdki.
Niedziela, 2.01.2011 – dzień 6
… przebudziłem się o 5 rano (Kamil) , chyba 6 raz tej pięknej nocy, zimno nieziemsko z powodu mej złej strategicznie pozycji – po zewnętrznej, nawet kołderka nie pomogła ;d. „Ej, idziemy na dworzec, tam jest ciepło. Już 5, otworzyli go” – obudziłem resztę i pozbieraliśmy się. Pogłaskaliśmy Lucky’iego czyli pieska od Holendra, który dziś też spał „u nas” i pół-śpiący, pół-leżący w składzie 6-osobowym ruszyliśmy na dworzec. Ulice podejrzanie puste, zimno, deszcz na szczęście już nie padał. Na dworcu dokimaliśmy do 7 rano, czy jakoś tak, oczywiście był to pół-sen w pozycji siedzącej, bo trzeba było pilnować. Odebraliśmy plecaki z przechowani (ehhh, te 9 euro ;p) odświeżyliśmy się w toalecie, ja zaszalałem w McDonaldzie i jakoś potem rozpoczęliśmy misję „how to wydostać się z tego pieprzonego centrum” AKA „where the fuck is wylotówka na Francję?!” Chyba do 11 krążyliśmy metrem w te i z powrotem, bo ilekroć się pytaliśmy różnych ludzi o wydostanie się na autostradę – każdy kierował nas gdzieś indziej i serio, na 1 stacji to byliśmy 3-krotnie. Ostatecznie dojechaliśmy na ostatni przystanek czerwonej linii metra (w 6 osób na 1 bilecie, w międzyczasie przeskakując przez bramki, wchodząc pod prąd i uciekając przed pracownikami metra) i pieszo ruszyliśmy w kierunku „autopisty” którą znaleźliśmy na planie miasta. Szliśmy pod taaaaaaaaaaką górę, że ja nie wiem jak te samochody tam ciągle stały na tym ręcznym
, no ale w końcu doszliśmy na jakiś wjazd na drogę szybkiego ruchu w kierunku na Gironę. Tam się rozdzieliliśmy i widzieliśmy się po raz ostatni. Kinga+Marta, Ryz+Gitara i Ja+Lot rozpierzchliśmy się na odcinku kilometra i rozpoczęliśmy rytuał łapania
stopa. Było samo południe. Chyba dopiero po godzinie ktoś nam się zatrzymał. Mężczyzna koło 40-stki, nie mówił po angielsku (cóż za zdziwienie! ;o) ale podrzucił nas czarnym kombikiem (chyba Ford Mondeo) paręnaście kilometrów. Droga wzdłuż wybrzeża, niebo bez chmur, piękne Słońce – aż korciło żeby wskoczyć do morza, które było 50m po prawej od nas… Miejscówka do łapania wydawała się idealna, zatoczka dla autobusu, my widoczni chyba z kilometra w tym miejscu, samochody jeździły dość wolno, bo tylko 1 pas był, drugi w remoncie, no cód miód i orzeszki… I w tym miodzie i orzeszkach staliśmy chyba prawie 2h, mimo przepustowości sięgającej jakieś 2000 samochodów na godzinę… no dobra, może mniej, ale w każdym razie w ch… dużo!
Jeszcze my
tacy śpiący, że stojąc zasypialiśmy, i trzeba było uważać żeby na ulicę się nie wytoczyć. – Jeszczze nigdy nie zasypiałem łapiąc stopa… xD Lot w pewnym momencie skapitulował i z tekstem w stylu „ja jabieeeee, ida spać , chociaż na 5 minut” – oparł się o plecak i zasnął. W końcu się udało, jakiś młody ziom w dredach się nam zatrzymał. Po drodze nawet zadzwonił do kumpla, który często jeździ do Perpignan, czy może dziś nie jedzie i by nas nie wziął ale jednak już był tam, na miejscu. Na jednym ze skrzyżowań dosiadła się do nas jego przyjaciółka, z którą całkiem fajnie się rozmawiało, i , dotarliśmy na wjazd na autostradę. Tam po paru minutach zjawił się patrol autostrady i nas wygonił, nawet nie chcieli nas podwieźć kawałek dalej :/ – buce ;p Ale w tym miejscu nie dało rad nikogo złapać, jak próbowaliśmy przez rozwidleniem Barcelona/Girona, to zatrzymały nam się jakieś 4 samochody, ale wszyscy na Barcelonę jechali… No to z buta wróciliśmy się na drogę N-II – ta która leciała przy wybrzeżu. Ale tam też nikt nam się nie chciał zatrzymać. Pieszo szliśmy do przodu w międzyczasie łapiąc, i podziwiając cudne widoki, rewelacyjnie klimatyczną architekturę, wszędzie białe domki, z licznymi schodami, tarasikami, wąskimi przejściami, gdzieniegdzie rozwieszone pranie, bawiące się dzieci – po prostu extra klimat. Dzięki temu chociaż na chwilę mogliśmy zapomnieć o irytacji z
powodu kierowców, którzy nie bardzo stawali ;p. Już minęła 18 a my ciągle idziemy do przodu, już widać piękny czerwony dekiel na horyzoncie, powoli robi się chłodniej, i w końcu ktoś nam się zatrzymał – jakaś młoda dziewczyna, której angielski był tak tragiczny, że wręcz go nie było xD (czy tylko w Polsce ludzie w szkołach uczą się języków obcych???) Prawie całą jazdę przespałem, Lot próbował rozmawiać na wszelkie możliwe języki, włączając w to migowy. Generalnie to średnio się zrozumieliśmy co do miejsca naszego „wyrzucenia”, mówiliśmy o parkingu dla Tirów, ale ja do niej (Lot) „Truck” a ona do mnie
„Drugs?” … normalnie nie dało się. Jeszcze w aucie tak pachniało masdamerem do smarowania (Kamil jechał w laćkach:D) no nic…. xD (człowieniu, co się czepiasz moich stóp nie mytych od paru dni
, ale fakt, dawało osssstro :/) Koniec trasy, ale wysadziła w samym centrum jakiegoś małego miasteczka i to nad morzem, gdzie wcale nie było nam to po drodze. Ale cóż, podziękowaliśmy, bo wypadało i ruszyliśmy dalej, po drodze zaopatrując się w wodę w jakimś lokalu – chyba jednym czynnym w tym mieście, mimo że była 19 dopiero o.O – ale to nowy rok, więc wszyscy mieli chyba sjestę. Szliśmy łapiąc jakieś 30-40 minut i w końcu nie wiadomo skąd, nagle na horyzoncie, ok. 200m dalej, trąbi nam jakiś samochód i macha ręką. Podbiegliśmy, i tylko pokazaliśmy kartkę z napisem „Girona”. Si. O jak pięknie, znowu radość, że nie jesteśmy w czarnej dupie jak to się mówi ;d, mężczyzna koło 50-tki, jakiś stary samochód, nawet mówił po angielsku. Nazywał się Raul. Okazało się że do Girony mieliśmy jeszcze jakieś 40km, heh, na tej jeździe skończyło się nasze łapanie stopa tego pięknego dnia – ok. 100km z Barcelony do Girony w …… 8h! Yeah, nowy rekord ;d Doszliśmy do centrum, po drodze rozglądając się za noclegiem, czyli znowu jakieś 20-30 minut na nogach, które z powodu odcisków nie dawały nam obu spokoju praktycznie od momentu dotarcia od Barcelony, a u mnie to jeszcze wcześniej. Także pod względem bólu stóp to ten koszmar trwał już 4 dni. Patrzymy… koło śmietnika leży wielki materac, normalnie z 5 osób by się zmieściło xD – decyzja została podjęta; jak nie znajdziemy kościoła etc, to wracamy się po ten materac i idziemy spać do parku, który mijaliśmy jakieś 500m wcześniej. Spytaliśmy się o drogę pewną parę, i poszliśmy do kościoła. Tam stoją jakieś 2 osoby (kobieta i mężczyzna). Pukamy do drzwi, otwierają. Rozmawiamy z jakimś panem, trochę po angielsku mówił, ale musieliśmy mówić powoli i wyraźnie i pomagać sobie rękami. I wtedy szok: „Nie, nie możemy Was tu przenocować. Porozmawiam z proboszczem, ale raczej nie. Aczkolwiek możemy wam dać jedzienie. I jeśli chcecie mogę przygotować Wam mapę do miejsca gdzie bardzo tanio dostaniecie nocleg”. Nie, dziękujemy, jedzenia mamy aż nadto, ale mapa, spoko, przyda się. Dziękujemy. I czekamy za drzwiami, wtedy ta kobieta co stała za nami, pyta się czy nam jakoś pomóc. Mówiła bardzo dobrze po angielsku (potem się okazało że jest z Argentyny, mieszka tu parę lat i uczy angielskiego w szkole). Powiedzieliśmy jej o co kaman, a ona na to, że jak chcemy może nas zaprowadzić do miejsca w którym za darmo dostaniemy spanie, a nawet 3 posiłki w ciagu dnia. W międzyczasie przyszedł znowu ten pan kościelny, i dał nam mapę, opisał trasę, i dorzucił caaaaałą reklamówkę jedzenia, mimo że nie chcieliśmy ;D – ale ok., miło, na pewno się nie zmarnuje. Podziękowaliśmy ładnie, i pokazaliśmy tę mapę tej kobiecie, aha, Kamila się nazywała. Ona zobaczyła co nam tam zaznaczył na tej mapie i się okazało że był to hostel, a ‘bardzo tani” nocleg tam, to jedyne 20E od osoby (a my do końca wyjazdu mieliśmy jeszcze jakieś 7E na dwoje
) Więc z Kamilą i jej ciemnoskórym towarzyszem ruszyliśmy do miejsca o tajemniczej nazwie „La Sopa”. Szliśmy przez stare miasto Girony, podziwiając zabytkową, nawet średniowieczną architekturę. Doszliśmy na miejsce, i teraz nie wiem jak to
opisać, nawet Google mi nie potrafiły pomóc, wiec postaram się jakoś to zobrazować słowami: Towarzysz Kamili narysował nam mapę jak iść do tego schroniska, bo chyba to było schronisko. Mapa w stylu prosto, w prawo, prosto drugi zakręt w lewo. Staliśmy przed schodami w górę, po obu ich stronach były jakieś stare kamienne budynki. Droga do schroniska cały czas prowadziła po schodach w górę, były tam skrzyżowania tych schodów, jakieś odcinki płaskie, ale generalnie to cały czas pod górę. Kamila mówiła że mamy do pokonania jakieś 194 stopnie czy jakoś tak. Ale klimat tej dróżki po schodach był świetny: wąsko, po bokach wszędzie kamienne ściany, pergole od czasu do czasu nad głowami i bluszcze (?) wyglądające jakby rosły na elewacjach. Jak doszliśmy, stwierdziliśmy że jest to jakieś wzgórze a’la zamkowe. Na szczycie była tam katedra, ogrooooomna, której hmm nie widzieliśmy ;p, musiała się gdzieś schować, uciec na chwilę czy coś w ten deseń. W schronisku aż jedna osoba mówiła po angielsku, w ogóle: byli tam sami faceci, chyba z 40, średnia wieku jakieś 50 lat ;d Tam dostaliśmy łóżko, podziękowaliśmy za jedzenie, bo musieliśmy szamać zawartość reklamówki z kościoła. Wzięliśmy prysznic – poważnie! Taki prawdziwy, a nie w umywalce – ooo jakie cudne uczucie
Zjedliśmy o poszliśmy nynać. Zasnąłem od razu, nie było innej opcji po tym dość męczącym dniu.
Poniedziałek, 3.01.2011 – dzień 7.jpg)
O M G już 8 minęła! Mieliśmy od 30 minut być na trasie. Trzeba się zbierać. Przez rolety w oknach przegapiliśmy gdy robiło się jasno. Podziękowaliśmy za wszystko, oddaliśmy szynkę która nam została do ichniejszej kuchni, bo już nie potrafiliśmy jej zjeść, a nie chcieliśmy żeby się zepsuła. Po jakichś 40 minutach staliśmy już na wjeździe na drogę N-II w kierunku Francji. Jakiś czas łapaliśmy, i zatrzymał nam się samochód pokroju Fiat Doblo/ Peżo Partner itp. Nawet nie wiem ile km z nim zrobiliśmy ale chyba nie dużo, pamiętam, że wysadził nas przy zjeździe na drogę która prowadziła na Figueres i Perpignan. Tam postaliśmy w sumie niedługo, i zatrzymało nam się Audi A3, białe, 3-drzwiowe, całkiem nieźle
. Zabraliśmy się z kolesiem, powiedział, że jedzie prawie do Figueres (dokładnie jechał do Castello d’Empuries). Jechał jakimiś bocznymi drogami, i w sumie to jechaliśmy z nim prawie 40 minut, a pokonaliśmy w linii prostej hmmm ok. 20 km ;d. Aha, no i on cały czas jechał tak ze 100km/h. Nie wiem, on zaginał czasoprzestrzeń w tył czy jak… Potem złapaliśmy dwóch kolesi dość młodych i nas podrzucili ok. 10km do Figueres, czyli w sumie spoko, kolejny mały punkt na trasie dalej. Ale w tym Figueres staliśmy nie wiem, 2, może 3h…. próbowaliśmy na wjeździe, na prostej, na parkingu… nosz kurde nic nie dało rady. Ruch był słaby na wjeździe, ale wszyscy jechali w kierunku nam potrzebnym, bo nie było innej opcji raczej. W kooońcu uratował nas…. Mercedes, mimo że wiadomo, że Mercedesy się nie zatrzymują na stopa. Ale temu można to było „wybaczyć” bo to był stary, ok. 20-letni model. Facet, prawie dziadek, o bardzo powolnych ruchach, widać nigdzie mu się nie spieszyło, jak całej reszcie – i to jest dobre podejście!, a nie jakiś wyścig szczurów bezsensowny
Podwiózł nas na samą granicę, do miasteczka La Jonquera. Tma Se machnęliśmy zakupy w sklepie, który ku naszemu zaskoczeniu było bardzo tani, więc za 6 ojro nakupowaliśmy sobie jedzenia i picia do końca dnia i nocy i jeszcze nam zostało, no i zaszaleliśmy kupując Red bulla :O (jaka burżuazja!) Zjedliśmy ciasto (tak, też kupiliśmy ciasto xD) i ruszyliśmy, czy tma ja ruszyłem po kierowcach tirów się pytać. Pierwszy tir z brzegu – Polak. Podbijam i zagaduję, on mnie w ogóle pomylił z kimś innym, bo stwierdził, że już mnie wiózł w drodze do Barcelony. Jechał na Lyon, początkowo nie chciał nas zabrać ze względu na kary, jednego chciał wziąć, ale w końcu go jakoś przekonałem (ah, mój urok osobisty). Mówię, żeby chociaż do Montpellier nas podrzucił za granicę żeby się dostać nieco w głąb. „No to wskakujcie bo już od 2 minut powinienem jechać”. No i wypertraktowaliśmy z nim ten Lyon
. Ruszyliśmy było chyba parę minut po 14. Przed nami
9h jazdy z przerwą. Bardzo fajnie się rozmawiało z naszym kierowcą, droga bez problemów, policji nie było na szczęście. Ok. 23/24 byliśmy pod Lyonem na parkingu strzeżonym. Zaparkowaliśmy i od razu zagadaliśmy do 2 polskich kierowców którzy stali obok, właściwie to oni przyszli do nas, zanim wyszliśmy z tira, bo byli znajomymi naszego kierowcy. Okazało się, że ruszają o 5 rano i jak coś to możemy z nimi jechać, a jechali na Niemcy. Na pytanie gdzie będziemy spać, powiedzieliśmy że na stacji, Ci na to żeby się nie wygłupiać, i że jak nic nie złapiemy żeby przyjść do nich i jakoś na fotelach i Łózkach się pomieścimy. I powiedzieli, żebyśmy przyszli razem z dwójką innych stopowiczów którzy są aktualnie na stacji, co by oni też nie marzli. I na stacji poznaliśmy Mańka i Anitę
Stację właśnie zamykano – LOL – więc wróciliśmy do kierowców. Tam pożyczyli nam butlę z palnikiem, więc nacieszyliśmy się ciepłą kolacją. W międzyczasie przyjechały inne 2 polskie tiry, i oni też lecieli rano na Niemcy, więc Anita z Mańkiem mieli już załatwiony transport na północ, bo kierowcy okazali się bardzo fajni. Rozlokowaliśmy się w tirach, bagaże na pakę i spać.
Wtorek, 4.01.2011 – dzień 8
Pobudka po 5. Mimo, że było ciepło, to ciut niewygodnie, spałem na fotelu kierowcy, a jego aż tak mocno nie dało się odchylić jak fotelu pasażera, ale co tam
, grunt że spaliśmy
. Ruszyliśmy bez śniadania (aaaa po co…), ja z panem, który był już na emeryturze i dorabiał jako kierowca, a w wolnej chwili śmiga
razem z synem na crossach, a zimą szaleje na nartach
– i to jest to!. Mimo wieku da się, wystarczy chcieć. Podziwiam go, bo jak widzę innych w jego wieku, a nawet i młodszych, którzy nic nie robią poza pracą tylko siedzą przed telewizorem i narzekają jak to im jest źle i niedobrze, to mi się nóż w kieszeni otwiera… I tak jakoś na rozmowach o sportach ekstremalnych, rodzinie, pracy, przygodach i aktywnym wypoczynku, to wszystko przerywane moim spaniem… (no sorry, ja nie potrafie nie spać jak jestem niewyspany :/ Muszę mieć te 8h, lub i więcej czasami i jest z mi z tym głupio, ob. Zamiast rozmawiać z kierowcami, to śpię… -.- Nic na to nie poradzę.) zeszło ponad pół dnia. Dojechaliśmy w okolice miasta Saarbrucken w Niemczech. Oooojjj zimno, śnieg, nie ma nieba, szare chmury, buuu :/ Już we Francji nieco mocno „popizgiwało” arktycznym wiatrem, ponoć nawet było zaćmienie słońca, ale tam słońca nie było więc mogli kłamać ;d. Ze stacji na której przerwe robili sobie nasi nowi znajomi szukaliśmy transportu. Po jakiś 15min na wyjezdzie zebrał nas jakiś student, dziwne było strasznie to że niemiec i po angielsku mówił… niemcy zachodnie… różnica kolosalna. Wysadził nas może jakieś 10km dalej na wjeździe do miasta. Położenie fatalne, ale co pan zrobisz… łapać trzeba. I nawet poszło lepiej niż by się można spodziewać. Po 20min jechaliśmy dalej. Kolejny Niemiec mówiący w cywilizowanym języku. Przejechaliśmy z nim może 30km, wysadził nas na jakimś ausfarcie totalnie nie na drodze którą chcieliśmy jechac ani nie w te strone co do domu…
Na parkingu, było prawie pusto, kierowcy tirów spali, poza jednym, może dwoma, osobówek było może ze dwie. I właśnie jeden z tych kierowców ofiarował nam pomoc. Powiedział, że za 15 minut rusza i może nas podrzucić parę km, aż do zjazdu na Mainz. No ot poczekaliśmy ten kwadrans i zabraliśmy się z nim. Mimo że był nieźle po 40-tce to nawet nawet mówił po angielsku, wiec rozmowa przez tą krótką jazdę jakoś szła. Powiedział nam, że od zjazdu 7km dalej jest stacja benzynowa. Gdy dojechaliśmy kierowca zjechał na bok i wyskoczyliśmy na zjeździe na Mainz. Przeszliśmy ok. 200m stwierdzając że miejsce do łapania jest do pupy, w szczególności że było już ciemno a my znajdowaliśmy się na nieoświetlonej autostradzie. No to co, idziemy na tę stację benzynową te parę km. Idziemy sobie kulturalnie autostradą, z kamizelkami odblaskowymi, gdy nagle….. zauważyliśmy koguty za nami, fuck – policja :/. Dzięki Bogu oboje policjantów mówiło po angielsku więc się dogadaliśmy. Powiedzieliśmy, że wiemy, że po autostradzie się nie chodzi, że nigdy tego nie robimy, bo to niebezpieczne, ale że zmusiła nas do tego sytuacja, bo tak nas wyrzucił kierowca tira, i że chcieliśmy dojść ten 1 km do stacji benzynowej, bo kierowca nam powiedział że za 1km stacja jest – co oczywiście było ściemą, bo kierowca nam powiedział, że stacja jest za 7km, ale lepiej udawać głupiego przed policją… Oni na to, że stacja jest za 7km – tutaj nasze zdziwienie – „nie wiedzieliśmy! Kierowca tira powiedział że to 1km ;d. A mogą nas panowie podrzucić na te stację? Bo coś musimy teraz zrobić…” No i wpakowaliśmy się do radiowozu, przy okazji wzięli nasze dowody, coś tam posprawdzali w komputerze, poszukiwani nie byliśmy, więc było ok. Wysadzili nas za jakieś 2km na zjeździe na jakieś wioski. Na odchodne zapytali czy mamy kokainę, haszysz, lub marihuanę – nie nie, dzięki, mamy swoje – by się chciało odpowiedzieć
. I nas zostawili. Ulokowaliśmy się na wjeździe, w sumie to na rondzie, i łapaliśmy, chcieliśmy mimo ciemności ogarniającej wszechświat jak najdalej tego dnia dojechać. A nocleg… „coś się wymyśli” albo „jakoś to będzie”
Po parunastu minutach zatrzymała się żółta Fabia, młody ziomek lat 20-22 jechał do samego Mainz, czyli tam gdzie chcieliśmy się dostać. Nazywał się Simon, studiował chemię i matematykę w Mainz, codziennie dojeżdżając jakieś 20km na uczelnię. Ogólnie spoko koleś, bo przejechaliśmy z nim całe centrum, aby nas mógł wysadzić w miejscu wylotu na Frankfurt. Dał nam mapę na drogę
– co prawda mapa samego Mainz, ale kto wie, może kiedyś się przyda. Były na niej zaznaczone wszystkie kościoły w i wokół Mainz, bo jego ojciec pracował w kościele i te mapy za darmo były. Podziękowaliśmy bardzo (jeszcze chciał nam dać kamizelkę odblaskową, ale pokazaliśmy mu że już mamy więc nie potrzebujemy ;d) i zaczęliśmy pisać na kartonie ‘Frankfurt”. Po paru minutach zatrzymało nam się białe BMW 5 coupe! :O WOW. Lecz niestety kierowca, jakiś kebab, tzn Turek chciałem powiedzieć ;d jechał tylko jakieś 5km dalej, i doszliśmy do wniosku że lepiej zostać tu, gdzie jest większy ruch. No i po paru następnych minutach zatrzymała się alfa Romeo. Kierowca zabrał nas so samego Frankfurtu! Był z Jugosławii i słuchał niezłej bollywood’zkiej muzy
. Dogadaliśmy się z nim po polsku, więc było spoko. Wysadził nas na stacji benzynowej gdzieś w centrum, tzn w sumie takim obrzeżu centrum na szczęście. Na stacji oblookaliśmy mapę gdzie my jesteśmy i ruszyliśmy w stronę wlotu na
autostradę. Szliśmy jakieś 30 minut, może więcej, ale nawet „szybko” zleciał ten czas. Po drodze, jakieś 300m od stacji benzynowej przy której był wjazd na interesującą nas autostradę A5, celem późniejszego dostania się na A4 która leci przez Erfurt do Polski, znaleźliśmy (jak to dziwnie brzmi) 3 polskie tiry. Niestety kierowcy już spali (była 19, może 20). Doszliśmy do stacji, Tam postudiowaliśmy mapę; znajdowaliśmy się w dość niefajnym miejscu, bo ruch był mały, a stricte wjazd na te autostradę to kolejne 5km pieszo do pokonania… Decyzja: zostajemy na stacji. Tam poprosiliśmy o wrzątek do termosu i miły Turek nam dał go bez problemu, za free naturalnie. Pytaliśmy każdego kierowcę który przyjechał czy leci w stronę autostrady A5 i nikt, totalnie Nikt nie jechał w tamtą stronę… wszyscy miejscowi…. Ale ciekwe było to, że kogo byśmy nie zagadali to mówił po angielsku. Dosłownie wszyscy, a jak jechaliśmy DO Barcy, to żaden spotkany Niemiec nie spikał in inglisz, heh. Koło 22, może 23 podjęliśmy najbardziej dramatyczną decyzję tego wyjazdu: idziemy spać koło tamtych polskich tirów, będziemy na nich czekać, w nadziei, że wracają do kraju. Wróciliśmy się tam, okazało się, że nie ma tam ławek, to co widzieliśmy to były tylko takie betonowe klocki (ok. 1x1x1m). Odgarnęliśmy śnieg przy jednym takim klocku, położyliśmy karimaty, oparliśmy plecaki o klocka i wpakowaliśmy się w śpiwory owijając się folią NRC, próbując zasnąć w pozycji pół-siedzącej, będąc w jakimś parku, pod gołym niebem, przy temperaturze ok. -7 st. Te mniej lub bardziej inteligentne posunięcie pozostawimy bez komentarza. Powiem tyle: ta folia termiczna daje radę! Poważnie, nie było bardzo zimno, jedynie zimno było trochę w tyłek, ale cała reszta – spoko. Pół nocy nie spałem, ale to tylko z powodu mojego kaszlu i kataru. Po za tym czas tak się ciągnął niemiłosiernie, że nie wiem… Wydawało m księże powinna już być 3-4 rano, a to dopiero północ mijała O_O…
Środa, 5.01.2011 – dzień 9
To była ciężka noc… ale przetrwaliśmy, nie zamarzliśmy. Godzina 5 rano, jeden kierowca się obudził, zapalił światło. Wyczołgałem się z śpiwora i folii i uderzyło we mnie mróz, aaaała ;d. Podszedłem do kierowcy i się okazało, że nie jechali na Polskę tylko na Francję… Ale pozostał jeszcze trzeci tir, który nie jechał z nimi. Wróciłem do śpiwora, i czekaliśmy/próbowaliśmy zasnąć dalej. Ok. 6 rano i ten kierowca się obudził. W tym momencie nasza nadzieja prysła, on też jechał na Paryż. Po naszym stosunkowo głośnym i przeciągłym „k!@%aaaaaaa” zebraliśmy manatki i poszliśmy na stację benzynowa uzupełnić zapas wrzątku. Gdybyśmy wiedzieli to od początku to byśmy se nockę na stacji urządzili, ale nie chcieliśmy aby te tiry nam uciekły…. No ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Teraz już wiemy że śpiwory za ok. 30 zł (mejd In Tesco albo biedronka) i folia termiczna nawet jakoś się spisują przy ujemnej temperaturze xD. Na stacji już była inna zmiana, inni pracownicy i jak poprosiliśmy o wrzątek to kobieta stwierdziła, że musimy zapłacić. Yyyy, tak się bawić nie będziemy! Kumała po angielsku więc jej powiedziałem, że wczoraj dostaliśmy bez problemu, więc niech nie robi cyrków ;p. Coś tam poszwargotała po niemiecku do swoich (w sumie 3 pracowników było) i wzięła ten termos od nas. Dobrze że w porę krzyknąłem „no no no!!” bo mi chciała tam nalać wodę z kranu… -.-, no to jej pokazuję, że chcemy z tego automatu do kawy, skąd wrzątek leci, no to ta znowu, że zapłacić mamy… Jezusie, co za kobieta… W końcu nalali, ale po minach można było stwierdzić, że byli bardzo niezadowoleni z tego, że pomogli ludziom w podróży. Wracając do trasy: ruch na tej stacji był tragiczny, a wjazd na autostradę taki bardziej od centrum, był jakieś 6km w stronę z której przyszliśmy. No nic, to się wracamy
chyba dopiero o 8:30 doszliśmy, bo po drodze musieliśmy się przebić przez tory kolejowe, a przy okazji całą stację kolejową, której „wpław” nie dało się przejść, i musieliśmy robić wieeeelkie kółko, żeby to obejść. Ale za to widzieliśmy salon Ferrari! Naet Testarossa tam stało, i Maranello, i Enzo, i 2xF430 i parę innych modeli… – łezka w oku się kręci. Tak więc, 8:30 stoimy na wjeździe i próbujemy szczęście z kartonikiem „Erfurt”. Byliśmy w jakiejś dzielnicy przemysłowej, i ruch był nie za duży niestety…. W tym miejscu staliśmy tak długo, że już zaczęliśmy się zastanawiać nad opcją powrotu pociągiem… Pierw samochód który nam się zatrzymał, jak tylko wzięliśmy plecaki ruszył na pełnym gazie… a potem zatrzymał się Mercedes klasy E, ten nowszy,, chyab przedostatnia seria, ale nagle zaczął kierowcy dzwonić telefon i stwierdził, że nie nie nie, musze jechać. A jechał na Kassel…. Czyli całkiem spoko dla nas, przez pierwsze parędziesiąt km. Pociąg do Polski…. Hmm… ile on może kosztować…
Po Bóg sam wie jakim czasie nadjechał ratunek. Uratował nas Niemiec, który specjalnie pojechał nie w swoją a w naszą stronę, żeby nas podwieźć na stację benzynową. Nadrobił jakieś 40km, gdyby nie on, to pewnie byśmy tam stali kolejne parę godzin… Na parkingu dla tirów na tej stacji od razu znaleźliśmy Polaka, który jechał do kraju i z chęcią nas wziął. Posiedzieliśmy z nim w tirze, i po 40 minutach ruszyliśmy. W ogóle to ziom miał 21 lat, rocznik 89 tak jak my. Jechało się z nim extra. Ja standardowo trochę spałem, ale Paweł nadrabiał w rozmowie,
która się nie kończyła, cały czas jakieś tematy były ;D i tak przejechaliśmy z nim prawie 5h aż pod Chemnitz. W Chemnitz, się ugadaliśmy z nim, że jeśli nic nie złapiemy, co oczywiście nie wchodziło w rachubę, to za 9h jedziemy z nim na Polskę. Ale na szczęście poszło bardzo sprawnie. Po 5 minutach znaleźliśmy 2 polskich kierowców, którzy tirami jechali do Drezna, no to zabraliśmy się z nimi te 70km, czy jakoś tak. Okazało się, że już wieźli w drodze do Barcy polskich autostopowiczów. Wysiedliśmy na stacji benzynowej w Dreźnie i tam łapaliśmy ponad godzinę do ok. 17 chyba, aż tak nam palce odmarzły że poszliśmy posilić się do Burger Kinga, no i ściemniało się już. Tam pojedliśmy, umyliśmy się, zrobiliśmy sobie małą sjestę, i się zrobiła godzina 19 ;d.
Poszliśmy połapać jeszcze trochę na wylot ze stacji, z nastawieniem że w razie czego śpimy w Burgerze, i rano o 6, jedziemy z tymi samymi kierowcami, z którymi tu dojechaliśmy, ponieważ powiedzieli że żaden problem i możemy się zabrać jak coś. I spotkało nas szczęście, bo mimo przejeżdżających Polaków, którzy się nam nie zatrzymali (których serdecznie pozdrawiamy
PP) po parunastu minutach stanął koleś który jechał do Zgorzelca. Wiózł na lawecie 2 samochody – albowiem zajmował się sprowadzaniem i handlowaniem samochodami. W Zgorzelcu zjedliśmy kolację i …. Ruszyliśmy dalej, aż do samego domu! Jupi-ja-jej
On jechał do Starachowic (Lot: ja nawet wiem który zółty dom w Starachowicach jest od niego bo tam bywam!), nie był zmęczony, wiec stwierdził że nie śpi tutaj, tylko dojedzie, no i nas podrzuci przy okazji. Z tym kierowcą najlepiej ze wszystkich nam się rozmawiało. Po prostu nie było chwili przerwy, tak pozytywny facet że hej
. Gdzieś koło 23 zacząłem już przysypiać, (heh, ale nowość ;d) i kojarzyłem piąte przez dziesiąte, aż ostatecznie zasnąłem… Kamil sobie smacznie spał a ja z gościem ciągła nawijka… o zyciu, o śmierci i zasadniczo wszystkim, super koleś, tylko mi gardło wysiadało po nocce we Frankfurcie, tak że koło północy totalnie straciłem głos. (Lot)
Czwartek, 6.01.2011 – dzień 10
….i się obudziłem przed Gliwicami. Już czwartek ;p – powrotu dzień piąty
. Na zjeździe Ruda Śląska Wirek, czyli w miejscu w którym zaczynaliśmy nasz szalony wyjazd byliśmy ok. 0:30 (mimo podwójnej lawety i jego ograniczenia wg przepisów do 80 czy 90, cisnęliśmy cały czas 110). Wysiedliśmy, baaaaardzo dziękując i generalnie w tym momencie ‘historia” się kończy (po 84h powrotu :O), pożegnaliśmy się z Pawłem czymś w stylu „Zrobiliśmy to! Udało się
” i wielkim bananem na twarzy u nas obydwóch ruszyliśmy s trony swych domów. I co teraz? Krótki odpoczynek w „wygodzie” i ciepełku, czas na opowiadanie jak było, obrobienie zdjęć i zmontowanie filmiku, tylko po to żeby w niedalekiej przyszłości znowu obrać sobie jakiś cel i przeżyć kolejną niezapomnianą przygodę.
Zredagował i napisał
Kamil Szyler
poprawki i dopełnienie tekstu
Paweł Lot
scenariusz:
samo życie